Od czasu do czasu dostaję prośby o napisanie na konkretny temat lub o zagłębienie się w coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się proste, ale w momencie dotknięcia zamienia się w małe historyczne pole minowe. I będę szczery – nie mogę spełnić wszystkich życzeń. Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że zawsze jest jakiś limit. Limit czasu, limit dostępnych źródeł, a czasem limit tego, co faktycznie można poznać bez miesięcy kwerend archiwalnych w miejscach, które niekoniecznie szybko odpowiadają na maile. Czas, bardziej niż cokolwiek innego, jest tu prawdziwym wrogiem. Zawsze jest to coś, czego mam najmniej.
Ale co jakiś czas trafia mi się prośba, która robi coś interesującego. Nie prosi grzecznie o uwagę. Ona ją porywa. Nie chce odejść. I wtedy popełniam błąd, myśląc: „No dobrze… tylko szybkie spojrzenie.” To zazwyczaj ten moment, w którym tracę kilka wieczorów, kilka filiżanek herbaty i wszelkie złudzenia, że będzie to krótka odpowiedź.
Ten temat był właśnie taką pułapką.
Bo na pierwszy rzut oka brzmi to niemal prosto – pytanie, czy okinawskie karate, a konkretnie Tomari-te, zdążyło już zadomowić się na Hawajach przed rozwojem na początku XX wieku, o którym zazwyczaj mówimy. Brzmi to jak coś, co powinno mieć jasną odpowiedź. Datę. Nazwisko. Zgrabną, małą historyczną przypis.
Nie ma.
I to samo w sobie powinno już wzbudzać podejrzenia, gdy słyszy się bardzo pewne siebie twierdzenia.
To, co odkryłem – i celowo mówię „odkryłem”, a nie „wiem”, bo ta różnica ma większe znaczenie, niż ludzie lubią przyznawać – jest to, że faktyczna udokumentowana historia jest znacznie bardziej ostrożna, znacznie bardziej fragmentaryczna i, szczerze mówiąc, znacznie mniej romantyczna niż to, co powtarza się w niektórych kręgach.
Pozwólcie, że zacznę od czegoś konkretnego. Czegoś, co nie podlega dyskusji.
Formalne wprowadzenie karate do kontynentalnej Japonii jest związane z Gichinem Funakoshim w 1922 roku. To nie jest spekulacja. To jest udokumentowane. To jeden z kluczowych punktów odniesienia w historii współczesnego karate. Wcześniej karate istniało na Okinawie w formach takich jak Shuri-te, Naha-
Japońskie, okinawskie, chińskie, filipińskie wpływy, wszystkie mieszające się w bardzo specyficznych warunkach historycznych. Społeczności robotnicze. Obecność wojskowa. Powojenne zmiany. Adaptacja społeczna.
Oczywiście sztuki walki tam się zmieniły. Dziwne by było, gdyby się nie zmieniły.
Więc kiedy czytam twierdzenia o „starożytnych tradycjach Tomari-te na Hawaiʻi”, nie mogę nie unieść brwi. Nie dramatycznie. Po prostu wystarczająco.
Ponieważ oś czasu, którą faktycznie możemy prześledzić, opowiada inną historię.
Wolniejszą.
Późniejszą.
I pod pewnymi względami, bardziej szczerą.
Karate pojawia się wyraźnie na Hawaiʻi poprzez pokazy pod koniec lat 20. XX wieku. Zyskuje większą obecność w latach 30. Zaczyna się zakorzeniać w zaadaptowanych formach dzięki postaciom takim jak Mitose i Chow. A stamtąd ewoluuje w coś o wyraźnie hawajskim charakterze.
To nie czyni tego mniej wartościowym. Wręcz przeciwnie, czyni to bardziej interesującym.
Ponieważ przestaje być historią o zachowaniu, a staje się historią o transformacji.
A osobiście, uważam to za o wiele bardziej fascynujące.
Mimo to, nie zamierzam udawać, że to jest ostatnie słowo. Nie jest. Daleko mu do tego. Istnieją archiwa, które nie zostały w pełni zbadane. Są dokumenty leżące gdzieś w pudełkach, których nikt nie zadał sobie trudu zdigitalizować. Są zapisy rodzinne, listy, prywatne notatki, które mogłyby zmienić szczegóły, które obecnie uważamy za ustalone.
To jest ta frustrująca piękność tego rodzaju badań. Nigdy ich tak naprawdę nie kończysz. Po prostu się do nich zbliżasz.
Albo myślisz, że to robisz, co czasami jest tym samym.
Co mogę powiedzieć z pewnością, to to: na podstawie materiałów, które posiadamy w tej chwili, nie ma udokumentowanych dowodów na to, że w pełni rozwinięta tradycja Tomari-te została niezależnie ustanowiona na Hawaiʻi przed latami 20. XX wieku.
Wszystko wskazuje raczej na późniejsze wprowadzenie, stopniowe zainteresowanie i ostateczną transformację w hybrydowe systemy, takie jak Kenpō.
Nie tak poetyckie, jak niektórzy by sobie życzyli.
Ale o wiele bardziej osadzone w rzeczywistości.
A jeśli jest coś, co zawsze wybiorę ponad piękny mit, to jest to nieco niewygodna prawda.
Nawet jeśli zajmuje mi to o wiele za dużo czasu, żeby ją wydobyć.