The Black Dragon Society

Oryginalny esej

Kiedy zaczęłam porządnie zagłębiać się w temat Kokuryūkai, nie próbowałam ubiegać się o rolę zawodowego zabójcy marzeń. Robiłam to, co powinien robić historyk – co, tragicznie dla twórców mitów, polega na czytaniu dokumentów zamiast nabożnego wpatrywania się w dramatyczne nazwy i pozwalania wyobraźni biegać w czarnym pasie i bez spodni. Im więcej szukałam, tym bardziej oczywiste stawało się, że historyczne Kokuryūkai, zazwyczaj tłumaczone na angielski jako Black Dragon Society, plasuje się przede wszystkim w historii politycznej imperialnej Japonii, a nie w gorączkowym bagnie późniejszych fantazji o sztukach walki. Zostało założone w Tokio w 1901 roku pod kierownictwem Uchidy Ryōheia, w szerszym środowisku nacjonalistycznym związanym z kręgami wokół Gen’yōsha i ludźmi takimi jak Tōyama Mitsuru. Wczesne członkostwo było znacząco kształtowane przez sieci z Kyūshū, zwłaszcza z Fukuoki, z Sagą i Kumamoto również prominentnymi. To już mówi mi, że mam do czynienia z prawdziwą organizacją polityczną z prawdziwą geografią społeczną, a nie z jakąś unoszącą się mgłą męskiego folkloru.

I to, dla mnie, jest kluczowy początek. Jeśli ktoś chce zrozumieć Kokuryūkai, musi zacząć od umieszczenia go tam, gdzie faktycznie należało – w świecie ultranacjonalistycznego aktywizmu, polityki nacisku, ideologicznego networkingu, wpływu i imperialnych ambicji. Nie dlatego, że jest to mniej ekscytujące niż wersja fantastyczna, ale dlatego, że to właśnie potwierdzają dowody. Ślad organizacji przetrwał dzięki publikacjom, odniesieniom archiwalnym, oficjalnym opisom i powojennym dokumentom okupacyjnym. Jej historyczne znaczenie leży w propagandzie, polityce informacyjnej, strategicznej agitacji i jej roli w szerszym klimacie nacjonalistycznym japońskiego imperium. Problem zaczyna się dopiero, gdy ludzie widzą frazę „Czarny Smok” i decydują, że dokumenty są wyraźnie mniej interesujące niż ich własna adrenalina.

Im głębiej w to wchodziłam, tym mniej miałam cierpliwości do tego nawyku. Nazwa taka jak Kokuryūkai niemal prosi się o nadużycie. Brzmi na tyle mrocznie, tajemniczo i dramatycznie, że późniejsze pokolenia mogły używać jej jako swego rodzaju historycznej biżuterii kostiumowej. Nagle konkretna japońska organizacja polityczna staje się nieokreślonym, uniwersalnym emblematem tajemnicy, przemocy, ukrytych bractw, podziemnych procesów i wszystkiego innego, czego ludzie potrzebują, aby udekorować historię, która wydaje się nieco niedopracowana. Widziałam to wielokrotnie w kulturze sztuk walki. Termin historyczny jest wyciągany z kontekstu, polerowany, aż złowrogo lśni, a następnie służy fantazjom, do których nigdy nie był przeznaczony. Jest to bardzo skuteczny proces. Jest to również okropna historia.

To, co faktycznie pokazują mocniejsze dowody, jest znacznie bardziej konkretne. Kokuryūkai publikowało materiały pod własną nazwą, w tym dzieła takie jak Kankai Tsūgyo Shishin z 1903 roku, które przetrwały w zasobach cyfrowych i wskazują na geopolityczne i strategiczne interesy, a nie na jakąś kultową obsesję na punkcie tajnej kultury turniejowej. Materiały archiwalne w Japan Center for Asian Historical Records identyfikują Uchidę jako 黒龍会主幹 i umieszczają go w kontekście zapalczywego i politycznego pisarstwa, w tym materiałów związanych z wysoce toksyczną atmosferą wokół Wielkiego Trzęsienia Ziemi w Kantō. To nie jest ślad papierowy stowarzyszenia sportowego, ani ślad zapachowy mistycznego zakonu bojowego. To jest dokumentalny osad nacjonalistycznego ciała politycznego zaangażowanego w propagandę i agitację.

A oto szczegół, który po cichu niweczy całe mistyczne odczytanie: nazwa nigdy nie była okultystyczna. Kokuryūkai – 黒龍会, Towarzystwo Czarnego Smoka – bierze swojego „Czarnego Smoka” od rzeki Amur, znanej w języku chińskim i japońskim jako 黒龍江, Rzeka Czarnego Smoka, która tworzyła granicę rosyjsko-chińską na północnym wschodzie i wyznaczała najdalszą linię rosyjskiej ekspansji na Mandżurię. Towarzystwo nazwało się na cześć tej rzeki, ponieważ jego główną ambicją było odepchnięcie rosyjskiej potęgi poza nią. Najbardziej złowieszczo brzmiące słowo w całej nazwie okazuje się, po zbadaniu, być elementem geografii. Ludzie później zbudowali fantazję o tajnym turnieju na podstawie tego, co było, etymologicznie, hasłem polityki zagranicznej dotyczącym rzeki.

Powojenne źródła jeszcze bardziej wyostrzają ten obraz. SCAPIN-548 wymienia Kokuryūkai wśród organizacji, które mają zostać rozwiązane przez władze okupacyjne. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy dla Dalekiego Wschodu odnosi się do niej jako do organizacji, która agitowała na rzecz polityki ekspansjonistycznej. Ponownie, nie chodzi o to, że te późniejsze oficjalne źródła przekazują nam każdy intymny szczegół wewnętrznego życia organizacji. Nie robią tego. Ale mówią nam, jak była rozumiana w poważnych kontekstach politycznych i prawnych. Była traktowana jako część niebezpiecznego ultranacjonalistycznego krajobrazu imperialnej Japonii. To zupełnie inna kategoria niż ta preferowana przez mężczyzn, którzy chcą, aby każdy historyczny smok miał podziemną arenę walki i człowieka w kącie szepczącego: „Tylko wybrani mogą wejść”.

Najbardziej jednak interesuje mnie nie tylko to, czym było Kokuryūkai, ale także to, jak późniejsze mity do niego przylgnęły. To właśnie tutaj historia staje się pyszna w dość ponury sposób. Ponieważ rzeczywistość historyczna była już wystarczająco mroczna – imperialna polityka, propaganda, ekspansjonizm i sieci wpływów – ale późniejsza kultura popularna często uważała to za niewystarczająco teatralne. Polityka, najwyraźniej, nie była wystarczająco seksowna. Więc nazwa zaczęła dryfować. Kiedy „Czarny Smok” wszedł do zachodniej wyobraźni sztuk walki, znacznie łatwiej było traktować go jako markę niż jako konkretną organizację historyczną. A kiedy nazwa staje się marką, pod nią można sprzedawać wszelkiego rodzaju śmieci.

To właśnie tutaj krytyka źródeł ma znaczenie i tutaj zbyt wielu ludzi zaczyna zachowywać się tak, jakby metodologia była jakąś osobistą obrazą. Nie jest. To po prostu różnica między historią a nastrojem. Twierdzenie, że Kokuryūkai używało walk „podobnych do kumite” bez zasad do rekrutacji, nie jest poparte przez podstawowe japońskie i oficjalne zachodnie źródła priorytetowo traktowane w poważnych badaniach. To nie znaczy, że trzeba się przechwalać, deklarując każdą późniejszą historię fałszywą, niemożliwą, oszukańczą lub złą. Historycy nie są kapłanami negacji, choćby to było czasem kuszące. Oznacza to coś znacznie nudniejszego i znacznie bardziej odpowiedzialnego: silniejsza baza źródłowa nie potwierdza tego twierdzenia. A jeśli twierdzenie nie jest potwierdzone, nie jestem zobowiązana udawać, że jest, tylko dlatego, że wygląda lepiej na plakacie.

Właśnie dlatego samo słowo *kumite* wymaga ostrożnego traktowania. W zwykłym użyciu w sztukach walki, zwłaszcza w kontekście karate, odnosi się ono ogólnie do sparingu lub ćwiczeń walki z partnerem. Nie jest automatycznie synonimem tajnego turnieju na śmierć i życie, elitarnej inicjacji czy spektaklu bez zasad, organizowanego przez tajne sieci. Jednak gdy to słowo przechodzi przez późniejsze, sensacyjne narracje, zostaje nadmuchane do czegoś znacznie wspanialszego i znacznie mniej precyzyjnego. I tu pojawia się znajoma mała choroba mitu: normalny termin techniczny nabiera teatralnego splendoru, potem splendor twardnieje w założenie, a założenie zaczyna przedstawiać się jako historia.

Uważam ten proces za fascynujący, choć też trochę wyczerpujący. Mówi mi on wiele o tym, czego publiczność oczekuje od historii sztuk walki. Nie chcą oni jedynie przeszłości; chcą haseł, przysięg, zamkniętych drzwi, zakazanych aren i tajemniczych bractw – dreszczyku czegoś ukrytego. A kiedy rzeczywistość archiwalna oferuje komitety, publikacje, retorykę polityczną, regionalne wzorce członkostwa i powojenne dekrety o rozwiązaniu, może to być rozczarowaniem. Ale historia to nie park rozrywki. Nie jest po to, by rozdawać dramatyczne rekwizyty każdemu, kto wchodzi, żądając smoka.

Strona historii dotycząca Hrabiego Dantego jeszcze to wyjaśnia. Black Dragon Fighting Society należy do amerykańskiego świata sztuk walki lat 60. i 70. – świata brandingu, samokreacji, rywalizacji dojo, wyolbrzymionych postaci i kultury promocyjnej, która potrafiła zamienić przyzwoitą historię w świętą legendę do obiadu. Ten świat jest historycznie prawdziwy i zasługuje na samodzielne badanie. Mówi nam wiele o tym, jak tożsamość sztuk walki była promowana w Stanach Zjednoczonych. Ale przeskok od tego brandingu Black Dragon do udowodnionej ciągłości genealogicznej z japońską Kokuryūkai po prostu nie jest poparty dowodami. To mitologiczny most, a nie udokumentowany. To nie czyni go kulturowo nieistotnym. Wręcz przeciwnie. Czyni go doskonałym przykładem tego, jak historia jest przetwarzana w atmosferę.

I myślę, że to jest prawdziwe sedno tego tematu. Nie „przyłapujące” demaskowanie. Nie wyrównywanie rachunków. Nie ta ponura, współczesna tendencja do traktowania każdej skomplikowanej historii tak, jakby trzeba ją było albo kanonizować, albo publicznie stracić. To mnie nie interesuje. Interesuje mnie, jak prawdziwe fragmenty historyczne są przekształcane w późniejsze legendy. Istnieje prawdziwa Kokuryūkai, udokumentowana w badaniach naukowych, archiwach, publikacjach i oficjalnych rejestrach. Istnieje prawdziwe powojenne rozliczenie, udokumentowane w dyrektywach SCAP i materiałach trybunałów. Istnieje również prawdziwa późniejsza kultura obrazów Black Dragon w amerykańskich kręgach sztuk walki, zbudowana z popisów, mitologii i symbolicznej mocy. Żadna z tych rzeczy nie jest wyimaginowana. Problem zaczyna się dopiero, gdy są one leniwie stapiane w jedną wielką narrację i sprzedawane publiczności jako bezbłędna prawda.

Kiedy się to zobaczy, asymetria źródeł staje się niemożliwa do zignorowania. Po japońskiej stronie historycznej dowody są nierówne, ale poważne – publikacje, ślady archiwalne, oficjalne klasyfikacje i rekonstrukcje naukowe. Po późniejszej stronie mitycznej, zwłaszcza na Zachodzie, dowody często pochodzą z wywiadów, kultury magazynowej, języka promocyjnego, relacji z wydarzeń i narracyjnych opowieści. To nie są bezwartościowe źródła. Są niezwykle cenne dla zrozumienia tworzenia mitów, subkultury, tożsamości i obiegu mediów. Ale nie pełnią tej samej funkcji co akta administracyjne czy katalogi archiwalne. Traktowanie ich jako identycznych jest jak mylenie kostiumu scenicznego ze szkieletem pod nim. Oba są ważne. Po prostu nie są tym samym.

Dlatego odrzucam ten głupi wybór między ślepą wiarą a tanią kpiną. Historyk może jednocześnie myśleć o dwóch rzeczach: że Kokuryūkai była prawdziwą ultranacjonalistyczną grupą nacisku w imperialnej Japonii, z konkretnym śladem dokumentacyjnym, oraz że późniejsze narracje o Black Dragon i *kumite* należą do zupełnie innego świata dowodów, obrazów, legend, kultury komercyjnej i selektywnej pamięci. To nie są sprzeczne stwierdzenia. To po prostu stwierdzenia dorosłych.

I być może to właśnie sprawia, że ten temat jest dla mnie tak interesujący. Nie chodzi tylko o Japonię. Chodzi również o to, jak Zachód konsumuje Japonię. Prawdziwa, politycznie niebezpieczna organizacja staje się estetycznie pożądana, ponieważ jej nazwa brzmi cudownie po angielsku. Późniejsza kultura sztuk walki, spragniona autentyczności i niebezpieczeństwa, pożycza tę aurę. Resztę robi mit. Zanim opadnie kurz, ludzie nie wiedzą już, czy mówią o sieci politycznej z okresu Meiji i Taishō, powojennej amerykańskiej fantazji promocyjnej, archetypie kinowym, czy jakiejś mętnej fuzji wszystkich trzech. W tym momencie smok nie jest już organizacją. To tablica nastrojów.

Mówię to, ponieważ wyjaśnia to, dlaczego temat tak często staje się bałaganem. Ludzie nie tylko kłócą się o fakty; kłócą się o różne kategorie, nie zauważając tego. Jedna osoba ma na myśli historyczną Kokuryūkai, inna późniejszą mitologię Black Dragon, inna kulturę mediów sztuk walki lub kino, inna historię, którą poznała dziesiątki lat temu i nadal przeżywa emocjonalnie, a nie archiwalnie. Nic dziwnego, że rozmowa tak często wygląda jak trzy duchy krzyczące na siebie w korytarzu.

Więc gdzie ląduję po tych wszystkich poszukiwaniach? Całkiem spokojnie, właściwie. Kokuryūkai była historycznie prawdziwa, politycznie znacząca, ultranacjonalistyczna i związana z prądami ideologicznymi i strategicznymi imperialnej Japonii. Najlepiej ją zrozumieć poprzez jej publikacje, ślady archiwalne, oficjalne odniesienia i zbudowane na nich badania naukowe. Twierdzenia, które łączą rekrutację do *kumite* bez zasad lub podobne systemy testowania walki bezpośrednio z organizacją, nie są potwierdzone przez silniejszą bazę źródeł pierwotnych, którą przeanalizowałem. Późniejsza mitologia Black Dragon, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, jest historycznie ważna jako tworzenie mitów, branding i kulturowe przedstawienie, ale to nie to samo, co udokumentowana ciągłość z przedwojennym społeczeństwem japońskim.

I szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby ten wniosek umniejszał tę historię. Myślę, że ją ulepsza. Leniwa wersja daje mi kreskówkę. Udokumentowana wersja daje mi politykę imperialną, teatr ideologiczny, propagandę, transnarodowe tworzenie mitów, powojenną reklasyfikację i długie życie nazwy wystarczająco potężnej, by mutować długo po rozwiązaniu pierwotnej organizacji. To nie jest mniej interesujące niż historia tajnego turnieju. Jest bardziej interesujące. Jest też bardziej niebezpieczne, ponieważ zmusza mnie do konfrontacji z tym, jak historia jest wielokrotnie rozbierana na części i przepakowywana jako legenda.

Właśnie to, koniec końców, interesuje mnie najbardziej. Nie sprowadzanie wszystkiego do zaprzeczenia, ani nie klękanie przed każdym dramatycznym twierdzeniem, jakby było święte. Interesuje mnie szew między historią a mitologią – miejsce, gdzie prawdziwa organizacja staje się obrazem, obraz staje się marką, marka staje się legendą, a legenda zaczyna krążyć przebrana za fakt. Kokuryūkai leży dokładnie na tym szwie. Pewnie dlatego wciąż przyciąga ludzi, którzy chcą albo tajnego kultu wojowników, albo schludnego obalenia mitu. Ja nie chcę żadnego z nich. Chcę zapisu, zniekształceń, życia po życiu, mechanizmu mitu i niewygodnej prawdy, że historia jest zazwyczaj o wiele dziwniejsza niż uproszczone opowieści, które ludzie z niej budują.

A jeśli po drodze zrujnuje to kilka smoczych fantazji, obawiam się, że archiwa przetrwają ten skandal.