Współczesna kultura sztuk walki prawdopodobnie miałaby ogromne trudności z kimś takim jak Kishimoto Soko.
Nie dlatego, że brakowało mu wyrafinowania. Wręcz przeciwnie. Problem polega na tym, że odarł rzeczy z tego, co zbędne, aż prawie nic nie pozostało poza wyczuciem czasu, instynktem, brutalnością, kontrolą i przerażającą skutecznością. A ludzie – zwłaszcza współcześni ludzie – czują się głęboko nieswojo, gdy prostota zaczyna przewyższać złożoność.
Lubimy ozdobniki. Lubimy systemy w systemach w systemach. Lubimy starożytne, sekretne zwoje dramatycznie odsłaniane przy świecach przez kogoś, kto pobiera miesięczne opłaty za seminaria. Lubimy dziesięć tysięcy technik, bo posiadanie dziesięciu tysięcy technik daje poczucie bezpieczeństwa. Daje złudzenie mistrzostwa. Złudzenie głębi. Złudzenie, że sama wiedza równa się umiejętnościom.
Starzy okinawscy pragmatycy często zdawali się patrzeć na to wszystko z emocjonalnym entuzjazmem kontrolera skarbowego na przyjęciu urodzinowym dziecka.
I im więcej przeglądałem japońskich materiałów dotyczących 岸本手 – KishimotoDi lub Kishimoto-te – tym częściej to uczucie powracało do mnie raz za razem. To dziwne poczucie, że wcale nie patrzę na dopracowany „styl” w nowoczesnym rozumieniu. Patrzyłem na resztki czegoś starszego. Zimniejszego. Mniej zainteresowanego występami. Mniej zainteresowanego wizerunkiem publicznym. Czegoś, co wciąż lekko pachniało przetrwaniem, a nie sportem.
Ta różnica ma znaczenie.
Ludzie dzisiaj rzucają słowem „tradycyjny” bardzo swobodnie. Zazwyczaj stojąc w jasno oświetlonym dojo w markowych dresach i z internetowym sklepem z gadżetami. Co, nawiasem mówiąc, jest w porządku. Nie wyśmiewam się z nowoczesnych szkół. Cóż… nie do końca. Ale jest różnica między zachowaniem tradycji a pakowaniem nostalgii.
KishimotoDi nie wydaje się ani nostalgią, ani występem.
Wydaje się niewygodne.
I szczerze, mówię to jako komplement.
Sama ścieżka historyczna jest fascynująca, ponieważ jest pofragmentowana, sprzeczna i nieco widmowa. W tym sensie bardzo okinawska. Im głębiej ktoś kopie w stare tradycje walki Ryukyu, tym bardziej schludne, nowoczesne narracje zaczynają się rozpadać. Nagle nikt nie zgadza się w pełni co do nauczycieli, dat, linii przekazu, a nawet tego, czy pewni mistrzowie w ogóle kogoś formalnie uczyli.
To doprowadza współczesnych badaczy do szaleństwa, ponieważ ludzie desperacko pragną przejrzystych schematów i doskonałych linii rodowych. Ludzie kochają proste linie. Historia rzadko współpracuje.
Według kilku japońskich źródeł, Kishimoto Soko – 岸本祖孝 – urodził się w 1862 roku w regionie Yanbaru na Okinawie i żył mniej więcej do końca wojny w 1945 roku. Inne relacje nieco przesuwają daty. Niektóre przypisują mu inne wpływy. Niektórzy upierają się, że studiował u starych mistrzów związanych z Bushi Tamemurą. Inni sugerują, że w dużej mierze ukształtował się sam poprzez rzeczywiste doświadczenie bojowe i nieustanne osobiste eksperymenty, a nie formalne nauczanie.
I szczerze? Same sprzeczności uważam za interesujące.
Ponieważ sprzeczności są często oznaką, że dana postać istniała, zanim nowoczesna biurokracja sztuk walki w pełni skrystalizowała się wokół wszystkiego. Przed organizacjami. Przed standaryzacją. Zanim każdy ruch musiał być opatentowany i towarzyszyły mu trzy spotkania komitetu oraz pasujące koszulki polo.
Jest coś głęboko staroświeckiego w wojowniku, który po prostu istniał, walczył, trenował, uczył bardzo niewiele, a potem zniknął w pofragmentowanej historii ustnej.
To wydaje mi się prawdziwe.
Nieuporządkowana historia zazwyczaj taka jest.
Co najbardziej mnie uderzyło, to powtarzający się opis Kishimoto jako kogoś, kto był obsesyjnie skupiony na praktycznej funkcji, a nie na estetycznej akumulacji. Podobno wierzył, że jedna prawdziwie opanowana technika przewyższa setki słabo zrozumianych. Sama ta filozofia wydaje się dziś niemal heretycka, ponieważ współczesna kultura sztuk walki często nagradza ilość ponad głębię.
Więcej kata.
Więcej pasów.
Więcej kombinacji.
Więcej obrotów.
Więcej certyfikatów.
Więcej dramatycznych okrzyków.
Zawsze więcej.
Tymczasem KishimotoDi nieustannie wraca do redukcji.
Trzy kata.
Pomyśl o tym przez chwilę.
Trzy.
Nie trzydzieści.
Nie gigant
Nie mogę też przestać myśleć o dziwnej emocjonalnej atmosferze otaczającej KishimotoDi w zachowanych relacjach. W opisach jest bardzo mało ciepła. Bardzo mało charyzmy scenicznej. Bardzo mało energii typu „mądry, stary, uśmiechnięty mistrz karmiący kaczki przy wodospadzie”.
Zamiast tego jest cisza.
Obserwacja.
Ćwiczenia.
Korekta.
Intensywność.
Jeden ze studentów opisał, że Kishimoto uczył głównie poprzez demonstrację, a nie długie werbalne wyjaśnienia. I szczerze mówiąc, część mnie ogromnie to szanuje, ponieważ współczesne dyskusje o sztukach walki czasem toną w oceanach teorii, podczas gdy faktyczna mechanika ciała cicho dusi się w kącie.
Nadchodzi moment, w którym ciało albo rozumie ruch, albo nie.
Słowa mają ograniczony zasięg.
I być może dlatego KishimotoDi jest dziś trudne do zrekonstruowania. Ponieważ systemy przekazywane poprzez ucieleśnione zrozumienie, a nie rozbudowaną kodyfikację pisemną, często stają się duchami, gdy pokolenie je niosące znika.
Ta kruchość trochę mnie prześladuje.
Ludzie zakładają, że tradycje przetrwają automatycznie.
Nie przetrwają.
Większość zanika.
Całe systemy cicho znikają, podczas gdy ludzkość przewija media społecznościowe, kłócąc się o fikcyjne poziomy mocy między postaciami filmowymi.
Tymczasem prawdziwe historyczne linie sukcesji wyparowują, ponieważ nikt ich odpowiednio nie udokumentował.
To częściowo dlatego KishimotoDi tak bardzo mnie fascynuje. Znajduje się na granicy widoczności. Nie jest w pełni utracone. Nie jest w pełni zachowane. Prawie jak podsłuchiwanie fragmentów rozmowy przez ściany.
Nawet dyskusje o liniach sukcesji pozostają cudownie chaotyczne. Niektóre źródła twierdzą, że Kishimoto miał ledwie kilku studentów. Inne sugerują może dziesięciu znaczących uczniów. Same sprzeczności ujawniają, jak selektywna prawdopodobnie była transmisja.
I szczerze mówiąc, ma to również sens historyczny.
Starsze okinawskie systemy były często prywatne. Rodzinne. Restrykcyjne. Czasami celowo ukryte. Wiedza nie była automatycznie rozpowszechniana tylko dlatego, że ktoś zapłacił za seminarium i kupił pasujące rękawice.
Liczyło się zaufanie.
Liczył się charakter.
Liczyły się zdolności.
Współcześni konsumenci ogromnie nie lubią tej idei, ponieważ współczesna kultura traktuje wiedzę jako prawo, a nie odpowiedzialność.
Ale stare systemy walki często działały inaczej.
Najpierw cię obserwowano.
Potem może uczono.
Może.
I być może ta rzadkość sama w sobie przyczyniła się do niemal mitycznej atmosfery otaczającej Kishimoto Soko później. Studenci tacy jak Shukumine Harunori ostatecznie stworzyliby systemy takie jak Genseiryu, przenosząc fragmenty wpływu Kishimoto w bardziej ustrukturyzowane współczesne ramy. Jednak nawet tam wyczuwa się zachodzącą adaptację. Ewolucję. Tłumaczenie z jednej epoki na drugą.
To przejście również mnie fascynuje.
Ponieważ żadna sztuka walki nie przetrwa niezmieniona.
Ludzie uwielbiają udawać, że jest inaczej, ale każde pokolenie edytuje tradycję, świadomie lub nieświadomie. Czasami techniki się zmieniają. Czasami filozofia łagodnieje. Czasami niebezpieczne zastosowania cicho znikają, ponieważ współczesne społeczeństwo nie toleruje ich już publicznie.
I być może słusznie w niektórych przypadkach.
Nie opowiadam się za niszczeniem gardeł w kolejkach supermarketowych, ponieważ ktoś sięgnął po ostatnią kanapkę w promocyjnej cenie.
Choć, trzeba przyznać, współczesne supermarkety czasami testują ludzką moralność poza rozsądne granice.
Ale poważnie – gdy systemy sztuk walki przenoszą się do środowisk edukacyjnych lub sportowych, transformacja staje się nieunikniona. Wyzwaniem jest zachowanie podstawowych zasad bez fosylizowania wszystkiego w teatralny występ muzealny.
Ta równowaga jest trudna.
KishimotoDi dziś przetrwało głównie dzięki wysiłkom konserwatorskim związanym z kręgami Bugeikan i pewnymi przekazami Genseiryu. Małe grupy. Ograniczona liczba praktykujących. Cicha ciągłość. Żadnego gigantycznego globalnego imperium.
Część mnie właściwie to podziwia.
Ponieważ pozostawanie w cieniu czasami chroni integralność.
W momencie, gdy coś staje się masowo skomercjalizowane, zazwyczaj następuje uproszczenie i zniekształcenie. Nie zawsze złośliwie. Często po prostu dlatego, że współczesna publiczność preferuje przystępne narracje i wizualnie dramatyczny materiał ponad niewygodne niuanse.
Ale KishimotoDi opiera się uproszczeniu.
Nawet jego filozofia opiera się uproszczeniu.
Weźmy koncepcję często parafrazowaną jako „jedna technika, jedna rzecz”. Na powierzchni brzmi to minimalistycznie. Prawie jak Zen. Ale pod spodem kryje się coś surowszego.
Głębia ponad akumulację.
Mistrzostwo ponad kolekcjonowanie.
Ucieleśnienie ponad występ.
Brzmi to pięknie napisane na plakatach motywacyjnych, dopóki nie uświadomimy sobie, czego to faktycznie wymaga psychologicznie. Powtórzenie. Obsesja. Zwężenie uwagi. Zabijanie rozpraszaczy. Robienie tej samej rzeczy tak wiele razy, że ego się wyczerpuje.
Większość ludzi tak naprawdę tego nie chce.
Większość ludzi chce nowości.
Jest powód, dla którego media społecznościowe kwitną dzięki ciągłej stymulacji, podczas gdy powtarzalne mistrzostwo wydaje się coraz bardziej obce współczesnym zakresom uwagi.
A jednak starsze systemy wielokrotnie podkreślały właśnie ten proces.
Nie dlatego, że starzy mistrzowie byli mistycznymi mędrcami unoszącymi się w bambusowych lasach, rozdającymi mądrości z ciasteczek z wróżbą.
Ale dlatego, że pod presją ciało domyślnie wraca do tego, co głęboko zna.
Nie do tego, co mgliście pamięta z zeszłomiesięcznego seminarium.
Ta różnica ma ogromne znaczenie.
Uważam też za ponuro zabawne, jak współcześni adepci sztuk walki czasami wyśmiewają starsze tradycje kata jako „nierealistyczny taniec”, jednocześnie spędzając godziny na zapamiętywaniu bardzo specyficznych wzorców sportowych zoptymalizowanych pod kątem zasad turniejowych wymyślonych stosunkowo niedawno.
Ludzie są cudownie niekonsekwentnymi stworzeniami.
Stare kata były często skompresowanymi bibliotekami. Z pewnością nie były doskonałymi symulacjami walki, ale mnemotechnicznymi strukturami zachowującymi zasady ruchu, przejścia, kąty, mechanikę ciała, koncepcje taktyczne.
K