Kyokushin

Oryginalny esej

Co zawsze mnie bawi w sztukach walki, to jak szybko ludzie zaczynają zachowywać się, jakby historia musiała albo uklęknąć, albo zamilknąć. W momencie, gdy jakiś styl staje się wystarczająco szanowany, podziwiany, budzący strach, powtarzany, ktoś nieuchronnie decyduje, że zadawanie ostrożnych pytań jest w jakiś sposób aktem zdrady. Nigdy się z tym nie zgadzałem. Wręcz przeciwnie, uważam, że jest dokładnie na odwrót. Im silniejsza tradycja, tym uczciwiej powinna przetrwać krytyczne spojrzenie. Kyokushin, spośród wszystkich stylów, powinien to rozumieć lepiej niż większość. Zbudował swoją reputację na presji, wytrzymałości, kontakcie, dyskomforcie i odmowie odwracania wzroku, gdy sprawy stawały się bolesne. Nie widzę więc powodu, dla którego jego historia miałaby być traktowana jak delikatna porcelana ułożona w szklanej gablocie między kadzidełkami a nostalgią.

Im bardziej zagłębiałem się w Kyokushin poprzez faktyczne dokumenty organizacyjne, teksty regulaminów, dokumenty sądowe, materiały dojo i powiązane archiwa, tym bardziej jedna rzecz stawała się dla mnie oczywista. Prawdziwa historia nie jest słabsza od legendy. Jest silniejsza. Jest po prostu mniej uporządkowana. A niektórzy ludzie nie lubią nieporządku, bo nieporządek wymaga myślenia. Legenda jest łatwa. Legenda jest wygodna. Legenda pozwala ludziom kiwać głowami z głębokim wzruszeniem i bardzo małym wysiłkiem. Historia, niestety dla romantyków, zachowuje rachunki.

U podstaw Kyokushin stoi Masutatsu Oyama. To jest wystarczająco jasne. Oficjalne strony Kyokushinkaikan identyfikują go jako założyciela, umieszczają formalne założenie organizacji w 1964 roku i ustalają jego śmierć na 26 kwietnia 1994 roku. To nie są mgliste wrażenia unoszące się w folklorze sztuk walki. Pojawiają się w biografii, historii i opisie organizacyjnym samej organizacji. Więc nie, nie interesuje mnie tani rewizjonizm, żeby brzmieć kontrowersyjnie. Kyokushin ma założyciela, formalne ramy instytucjonalne i możliwą do prześledzenia strukturę. Ta część jest solidna. Co staje się interesujące, to to, co dzieje się, gdy przestaje się czytać tylko dopracowaną, oficjalną wersję i zaczyna porównywać szczegóły.

Bo szczegóły nie zawsze się układają.

Na oficjalnej stronie założyciela data urodzenia Oyamy podana jest jako 4 czerwca 1923 roku. Na chronologii historycznej organizacji jednak odniesienie się zmienia i umieszcza jego narodziny w lipcu 1923 roku. To nie jest dla mnie maleńka, bezsensowna przypis. To jest dokładnie ten rodzaj rzeczy, który mówi mi, że mam do czynienia z ludzkimi instytucjami, a nie ze świętą maszynerią. Potem historia turniejów zaczyna tańczyć ten sam mały taniec. Strona historyczna Kyokushinkaikan umieszcza pierwsze All Japan Open w 1966 roku. Strona biograficzna natomiast wiąże rok 1969 z deklaracją zawodów z pełnym kontaktem i skutecznie przedstawia ten rok jako pierwsze wydarzenie All Japan w tej nowej formie. Potem jest pierwszy turniej światowy. Znowu, rok 1975 jest wystarczająco stabilny, ale miesiąc staje się śliski w zależności od tego, którą oficjalną narrację się czyta. Oficjalne archiwum Shinkyokushin ustala pierwsze mistrzostwa świata na 1 i 2 listopada 1975 roku w Tokyo Taiikukan. Więc rok się zgadza. Miesiąc jednak jest dokładnie tym, co przypomina mi, dlaczego weryfikacja krzyżowa ma znaczenie. Zauważenie tego nie jest anty-Kyokushin. Jest pro-prawdą.

A prawda, co niewygodne, rzadko bywa ubrana odświętnie.

Co jednak uznałem za znacznie bardziej przekonujące niż niespójności, to struktura leżąca u podstaw tego stylu. Tak wielu ludzi mówi o Kyokushin, jakby to była po prostu surowa twardość z zawiązanym wokół niej pasem. Rodzaj chwalebnego kultu uderzenia, gdzie wszyscy przeżywają dzięki siniakom, dyscyplinie i okazjonalnie brakującemu żebru. Uroczy obraz. Okropna historia. Dokumenty egzaminacyjne i treningowe opowiadają bardziej inteligentną historię. Program nauczania obejmuje Taikyoku, Pinan lub Heian, Gekisai i Sanchin. To ma znaczenie. Te nazwy mówią mi, że Kyokushin nie był jakimś tajemniczym piorunem sztuk walki, który spadł znikąd, by terroryzować świat czystą upartością. Został zbudowany. Czerpał z istniejących tradycji karate, restrukturyzował materiał, wybierał to, co cenił, i wykuwał progresję, która służyła jego własnej tożsamości. To nie jest słabość. Tak właśnie tworzy się poważne systemy.

I myślę, że jest w tym coś pięknie nieromantycznego. Nie w zimny sposób. W szczery sposób. Prawdziwe tradycje sztuk walki są zazwyczaj konstruowane poprzez sale treningowe, zapożyczone metody, przeformułowania, systemy stopniowania i lata, w których ludzie decydują, co zostaje, a co odchodzi. Nie rodzą się kompletne pod pełnią księżyca, ponieważ jeden wyjątkowy człowiek agresywnie wpatrywał się w drzewo. Chociaż przyznaję, że ta wersja brzmi cudownie rynkowo.

Tożsamość techniczna Kyokushin staje się jeszcze jaśniejsza, gdy patrzę na strukturę zasad. Tekst regulaminu I.K.O. definiuje kumite w bardzo bezpośrednich kategoriach. Standardowy czas trwania, dogrywki w razie potrzeby, zwycięstwo przez ippon, dwa waza-ari, decyzję lub kary dla przeciwnika. Ważny jest nie tylko czas. To logika. Ataki rękami i łokciami na twarz i szyję są wyraźnie zabronione. Kopnięcia w głowę i uderzenia kolanami pozostają jednak ważnymi, decydującymi broniami. To tworzy specyficzny rytm, z którego Kyokushin jest znany – karanie ciała, presja, kontrola dystansu, wyczerpanie, wytrzymałość, a potem, właśnie gdy ktoś czuje się strasznie heroicznie, kopnięcie w głowę przerywa ten prywatny dramat dość ostro.

Ta logika zasad bardzo różni się od ram zorientowanych na punkty, opisanych przez Japan Karate Federation, gdzie kontrolowane punktowanie i przerywanie walki strukturyzują pojedynek. Kyokushin zadaje inne pytania. Niekoniecznie szlachetniejsze pytania, ponieważ adepci sztuk walki uwielbiają udawać, że ich preferowany zestaw zasad to filozofia moralna, a nie

Szerszy obraz treningu to jasno pokazuje. Własne materiały instruktażowe Shinkyokushin wyraźnie przedstawiają podstawy jako fundament kumite i prezentują kata jako coś mającego bezpośrednie znaczenie dla walki, a nie jako ceremonialny relikt wyciągnięty z magazynu, by tradycja wydawała się odpowiednio antyczna. Kyokushin-kan idzie dalej i opisuje szersze ramy budo, włączając w to kata bunkai, kondycjonowanie z makiwarą i workiem z piaskiem, podstawową broń, taką jak bo, sai, tonfa i nunchaku, a nawet włączenie elementów z Yiquan. To nie jest profil stylu, który dba tylko o zderzenia. To jest profil stylu, który zbudował zderzenia na fundamencie systemu.

I tak, wiem, że to brzmi mniej filmowo niż zwykłe bzdury o twardzielach. Ale rzeczywistość często taka jest. Prawda zazwyczaj nie stoi na klifie w dramatyczną pogodę. To wypełnianie dokumentów, nauczanie podstaw, siniaki na piszczelach, powtarzanie form i kłótnie o daty dwadzieścia lat później.

Nawet system stopniowania mówi wiele. Struktura członkostwa i rejestracji opisana przez Honbu jasno wskazuje, że awans, kwalifikacje i uczestnictwo są centralnie rejestrowane. Wytyczne dla oddziałów pokazują konkretne liczby treningów dla stopni kyu, wymagania dotyczące uczestnictwa w wydarzeniach, pisemne testy dla niektórych poziomów i ustrukturyzowaną progresję kata. Ponownie, to właśnie mam na myśli, mówiąc, że Kyokushin nie było tylko postawą. Było instytucją. Styl nie staje się międzynarodowo wpływowy tylko dlatego, że ludzie są entuzjastyczni i głośni. Wielu ludzi jest entuzjastycznych i głośnych. Większość z nich jest bezużyteczna. Styl staje się trwały, gdy tworzy sposób na reprodukowanie się poza charyzmą jednej osoby.

Ten międzynarodowy rozwój to kolejny punkt, na który warto spojrzeć bez ulegania romantyzmowi. Oficjalna chronologia opisuje wczesną ekspansję w dość uderzających terminach, mówiąc o szesnastu krajach i siedemdziesięciu dwóch oddziałach do 1960 roku, a następnie o dalszej konsolidacji organizacyjnej i ostatecznie o bardzo dużych deklaracjach członkostwa na późniejszych stronach. Nie jestem na tyle naiwny, by traktować każdą liczbę organizacyjną, jakby spadła z nieba na kamiennych tablicach. Samoopis jest samoopisem. Ale nawet biorąc to pod uwagę, ambicja jest niezaprzeczalna. Kyokushin nie myślało jak mały lokalny eksperyment. Myślało międzynarodowo. Rozwijało się celowo. Zorganizowało się na dużą skalę. To ma znaczenie.

A potem jest ta część, wokół której ludzie często chcą chodzić na palcach, ponieważ komplikuje ona proste historie tożsamości. Biografia Oyamy nie jest politycznie neutralnym terenem. Oficjalna prezentacja organizacji przedstawia go poprzez japońską ścieżkę sztuk walki – Funakoshi, Takushoku, Waseda, dyscyplina górska, tworzenie dojo, sukcesy turniejowe w Kyoto. Jednak japońskojęzyczny artykuł KBS wyraźnie identyfikuje go poprzez jego koreańską tożsamość urodzeniową, Choi Yeong-ui. To napięcie nie jest jakąś modną, współczesną obsesją. Jest częścią historycznej rzeczywistości wokół niego. Każdy, kto udaje, że Japonia i Korea w XX wieku mogą być oddzielone od kwestii nazewnictwa, przynależności, pamięci i władzy, jest albo leniwy, albo celowo selektywny. Ani jedno, ani drugie mnie nie imponuje.

Nie wspominam o tym, by sprowadzić Kyokushin do argumentu Korea kontra Japonia. To byłoby równie uproszczone. Wspominam o tym, ponieważ życie założyciela mieściło się w tym historycznym polu, niezależnie od tego, czy ludziom to odpowiada, czy nie. Własna historia instytucjonalna Kukkiwon przedstawia Taekwondo jako koreańską sztukę walki ukształtowaną i rozwiniętą w Korei, podczas gdy japońskojęzyczne prace akademickie również badały historyczny wpływ karate na Taekwondo i znaczenie postaci takich jak Funakoshi w tym szerszym kontekście. To nie znaczy, że Kyokushin jest w jakiś sposób potajemnie czymś, co udaje coś innego. To oznacza, że historia sztuk walki Azji Wschodniej jest dokładnie taka, jaka zawsze była – splątana, polityczna, mobilna, sporna i zbyt złożona dla nacjonalistycznych uproszczeń.

Osobiście uważam tę złożoność za znacznie bardziej godną szacunku niż schludne mity, których ludzie używają, by się pocieszyć. Rzeczywistość ma teksturę. Slogany nie.

Potem, oczywiście, nadchodzi ta część historii, w której wszelkie iluzje doskonałej jedności zaczynają chwiać się jak źle dopasowane nogi stołu. Oyama zmarł 26 kwietnia 1994 roku. Po tym Kyokushin nie kontynuowało swojej drogi w jednej gładkiej linii świętej zgody. Rozpadło się. A najważniejsze dowody na zrozumienie tego nie pochodzą z plotek, plotek z dojo ani z dramatycznej mądrości mężczyzn opierających się na komentarzach w mediach społecznościowych, jakby byli ekspertami od prawa rodzinnego. Pochodzą z sądów. Decyzja Sądu Okręgowego w Osace przedstawia chronologię wokół tak zwanego testamentu awaryjnego z 19 kwietnia 1994 roku i odnotowuje, że sądowe potwierdzenie tego testamentu zostało odrzucone przez Sąd Rodzinny w Tokio 31 marca 1995 roku, Sąd Wysoki w Tokio 16 października 1996 roku oraz Sąd Najwyższy 17 marca 1997 roku. To nie jest plotka. To jest udokumentowana historia.

Kiedy to się zrozumie, fragmentacja Kyokushin staje się znacznie mniej tajemnicza. Nie chodziło tylko o urażone uczucia czy osobiste nieporozumienia. Chodziło o legitymację, autorytet, sukcesję, nazwy, znaki, kontrolę organizacyjną i uznanie prawne. Późniejszy dokument sądowy dotyczący kwestii znaków towarowych jeszcze bardziej wyjaśnia konflikt, umieszczając go w szerszym sporze o prawa i kwestie porządku publicznego. Innymi słowy, Kyokushin po Oyamie zrobiło to, co robi wiele ważnych instytucji, gdy znika centrum założycielskie – spierało się o dziedzictwo z determinacją ludzi, którzy wierzyli, że spuścizna ma ogromne znaczenie. Nieporządne? Tak. Ludzkie? Całkowicie. Historycznie odkrywcze? Absolutnie.

Dlatego współczesne Kyokushin nie jest jednym prostym blokiem. I.K.O. pod Matsui, Shinkyokushin, Kyokushin-kan i szersze struktury związkowe zajmują przestrzeń w tym ciągłym krajobrazie. Strona organizacji I.K.O. jasno określa jej założyciela i strukturę przedstawicielską. Shinkyokushin prezentuje się poprzez ramy NPO w Tokio, z rozwojem młodzieży, wkładem społecznym i wymianą międzynarodową jako częścią swojego publicznego języka. Kyokushin-kan otwarcie przedstawia się jako kontynuujące intencje Oyamy i datuje swoje powstanie na 13 stycznia 2003 roku. All Japan Kyokushin Union zawiera nawet wyraźną sekcję dotyczącą sytuacji prawnych obok informacji o dojo i turniejach, co mówi mi sporo o tym, jak nierozerwalnie połączyły się historia organizacji i konflikty prawne.

Niektórzy ludzie widzą ten pluralizm i myślą, że osłabia to styl. Ja tak nie uważam. Myślę, że to dowodzi, jak wiele było na szali. Nikt nie walczy tak zaciekle o coś, co uważa za błahe.

Istnieje również ciągły wymiar koreański w obecnym kształcie organizacji, nie tylko w biografii założyciela. W wykazach oddziałów I.K.O. znajdują się faktyczne dojo w Seulu i Pusanie. Własne ogłoszenia Shinkyokushin dokumentują seminarium w Pusanie w 2012 roku, a także, później, działania dyscyplinarne dotyczące koreańskiego kierownictwa oddziału. Koreańskie strony organizacyjne WKO również dostarczają informacji administracyjnych ze swojej strony. Zatem połączenie Japonia-Korea nie jest jedynie symboliczne ani retrospektywne. Jest ono osadzone w bieżącym życiu stylu. Kyokushin nie pozostało uwięzione w pamięci jednego narodu. Przeniosło się. Zinstytucjonalizowało się gdzie indziej. Trwało.

Potem jest mit – bo oczywiście, że jest mit. Założyciel taki jak Oyama nigdy nie miał pozostać jedynie udokumentowanym instruktorem z szafką na akta i rozkładem zajęć. Oficjalna biografia zawiera słynne, dramatyczne twierdzenia o bykach i walkach wyzwaniowych. Rozumiem, dlaczego te historie stały się centralne dla tożsamości Kyokushin. Każda tradycja sztuk walki z potężnym założycielem rozwija warstwę mityczną. Jest to niemal nieuniknione. Uczniowie chcą symbolu. Instytucje chcą siły narracji. Publiczność chce kogoś większego niż życie. W porządku. Ale mit musi pozostać mitem, chyba że zostanie niezależnie zweryfikowany. To rozróżnienie nie obraża tradycji. Chroni historię przed staniem się teatrem kostiumowym.

I myślę, że to właśnie tam mój szacunek dla Kyokushin faktycznie się pogłębia. Nie wtedy, gdy udaję, że wszystko jest czyste, ale gdy pozwalam mu być prawdziwym. Wystarczająco prawdziwym, by zawierać techniczną wirtuozerię i archiwalne niespójności. Wystarczająco prawdziwym, by zawierać ustrukturyzowany trening i politykę instytucjonalną. Wystarczająco prawdziwym, by mieścić w sobie zarówno mitologię założycielską, jak i spory prawne. Wystarczająco prawdziwym, by być kształtowanym przez powojenną Japonię, przez koreańską pamięć, przez globalną ekspansję, przez rozłamy organizacyjne, przez twardy kontakt i jeszcze twardszą administrację.

Więc nie, nie chcę sprowadzać Kyokushin do siniaków i szczekania. To byłoby lenistwo. Nie chcę też romantyzować go do rangi świętego pomnika. To byłoby równie leniwe, tyle że z większą ilością ukłonów. Zamiast tego widzę jeden z najważniejszych systemów karate okresu nowożytnego – taki, który zbudował się poprzez dyscyplinę, logikę bezpośredniego kontaktu, syntezę techniczną, sformalizowane stopnie, zaciekłą ambicję instytucjonalną i kulturę, która wymagała czegoś więcej niż przyjemnego występu. Wymagało wytrzymałości. Wymagało odporności. Wymagało struktury. Pytało, na swój sposób, czy to, co deklarowałeś ustami, przetrwa kontakt z rzeczywistością.

Podejrzewam, że dlatego nadal ma swoją wagę.

I może w tym tkwi prawdziwa ironia. Ludzie często obawiają się, że krytyczna historia umniejszy tradycję sztuk walki. Ale w przypadku Kyokushin, myślę, że jest odwrotnie. Kiedy zedrę lakier, nadal stoi. Kiedy podważę daty, nadal stoi. Kiedy oddzielę mit od dokumentacji, nadal stoi. Kiedy prześledzę bitwy prawne, podziały i sprzeczności, nadal stoi. Nie nietknięty. Nie uproszczony. Ale stojący. To mówi mi więcej niż jakakolwiek wypolerowana legenda kiedykolwiek mogłaby.

Ponieważ wypolerowane legendy są łatwe. Prawdziwe tradycje przetrwają tarcie. Kyokushin wyraźnie przetrwało. I to, dla mnie, jest o wiele bardziej imponujące niż udawanie, że historia powinna mówić jedynie szacownym szeptem broszury ze sklepu z pamiątkami.