Niektóre nazwy sztuk walki przybywają owiane dymem kadzideł i kultem bohaterów, polerowane tak często, że ludzie przestają zauważać, jak niewiele substancji pozostało pod blaskiem. Motobu-ryū tak naprawdę nie pozwala na tego rodzaju leniwy komfort. W momencie, gdy zacząłem w to wnikać, cała sprawa stała się znacznie ciekawsza – i znacznie bardziej niewygodna dla każdego, kto woli schludną legendę od niewygodnej prawdy.
Jest to tradycja przedstawiana, w jej własnej oficjalnej japońskiej ramie, jako dwa odrębne systemy, których nie powinno się swobodnie łączyć: Motobu Udun-dī, związany ze starą dworską tradycją Motobu-Udun, oraz Motobu Kenpō, system karate kojarzony z Motobu Chōki i później ustrukturyzowany jako Nihon Denryū Heihō Motobu Kenpō. To rozróżnienie ma znaczenie. To nie jest ozdobny język. Jest ono kluczowe dla tego, jak Motobu-ryū definiuje się, zwłaszcza w nowoczesnej oficjalnej prezentacji. Innymi słowy, jeśli ktoś mówi o Motobu-ryū tak, jakby był to po prostu kolejny generyczny styl karate z nieco egzotyczną etykietą, spłaszcza już tę rzecz, zanim jeszcze zaczął.
I to, szczerze mówiąc, jest moment, w którym moja cierpliwość zaczyna się wyczerpywać.
Ponieważ kultura sztuk walki ma okropny zwyczaj zamieniania złożoności w slogany. Ktoś słyszy jedną dramatyczną anegdotę, widzi jedno stare zdjęcie, uczy się jednego chwytliwego zwrotu o „praktycznej walce” i nagle zachowuje się, jakby odkrył duszę całej tradycji. Wspaniale. Kolejny ekspert urodzony w weekend. Motobu-ryū zasługuje na coś lepszego, podobnie jak historia karate w ogóle.
Jeśli sprowadzę sprawę do tego, co wydaje się najbardziej solidne, dwoma najważniejszymi kotwicami dla karate Motobu Chōkiego są nadal jego własne książki – Okinawa Kenpō Karatejutsu: Kumite-hen z 1926 roku i Watakushi no Karatejutsu z 1932 roku. To nie są nostalgiczne, współczesne książki-hołdy pisane przez wielbicieli próbujących zaimponować innym wielbicielom. To są teksty z epoki, udokumentowane bibliograficznie przez National Diet Library, i mają znaczenie, ponieważ przybliżają nas do tego, co sam Motobu lub jego bezpośrednie środowisko wydawnicze faktycznie chciało zachować i przedstawić. Kiedy ludzie chcą poważnie rozmawiać o programie nauczania, nacisku technicznym lub o tym, jak karate Motobu rozumiało samo siebie, te teksty nie są opcjonalnymi ozdobami. Są fundamentem.
A obraz, który pomagają budować, nie jest tym, czego wielu ludzi się spodziewa. Nie jest szczególnie sentymentalny. Nie jest zaprojektowany, by schlebiać współczesnej estetyce karate. Mocno opiera się na funkcji, na logice kumite, na zasadach technicznych, które nie dbają o to, czy ktoś w wyprasanej białej gi uważa, że wygląda wdzięcznie, wykonując je. To jeden z powodów, dla których Motobu Chōki nadal irytuje ludzi długo po swojej śmierci. Powraca jak nieproszony świadek, aby przypomnieć wszystkim, że karate nie narodziło się jako czysta, mała linia zsynchronizowanej edukacji moralnej. Czasami było szorstkie. Czasami bliskie. Czasami niewygodne. Czasami bardzo mocno dotyczyło tego, czy coś działało, gdy inne ciało było tuż przed twoim, a nie grzecznie czekało w podręcznikowej odległości.
Profil techniczny opisany w obecnych japońskich materiałach Motobu-ryū jest pod tym względem niezwykle spójny. Naihanchi znajduje się w centrum. Nie jako ozdobne kata, któremu raz w miesiącu należy z szacunkiem skinąć głową, ale jako podstawowa forma, przez którą koncentrują się zasady. Te same materiały podkreślają również bliski dystans, kontrolę rąk, meoto-de i starsze praktyki kumite. To samo w sobie mówi mi wiele. Ilekroć szkoła ciągle przyciąga mnie z powrotem do krótkiego dystansu, kontaktu, kontroli, mechaniki ciała i kompresji, a nie do przesadzonej fantazji na długi dystans, zwracam uwagę. Nie dlatego, że „stare równa się czyste” – to klisza, którą trzeba zakopać łopatą – ale dlatego, że systemy mają tendencję do ujawniania swojego charakteru poprzez to, co stawiają w centrum. Motobu-ryū wciąż wraca do tego, co dzieje się blisko ciała, a nie daleko w przestrzeni teatralnej.
A potem dochodzimy do kake-te, gdzie sprawy stają się szczególnie zabawne, ponieważ jest to jeden z tych obszarów, gdzie mity mnożą się jak pleśń w wilgotnej szafie. Japońskie materiały Motobu opisują kake-te jako starą formę wolnego kumite z bliskiego kontaktu, zaczynającą się od stanu, w którym ramiona są już zaangażowane. To bardzo różni się od kreskówkowych wersji, które ludzie wymyślają, gdy chcą, aby wszystko brzmiało dziko i bezprawnie. To samo japońskie wyjaśnienie wyraźnie sprzeciwia się leniwemu utożsamianiu kake-dameshi z jakimś romantycznym obrazem chaotycznej przemocy ulicznej lub szaleństwa w stylu „tsuji-giri”. Wskazuje nawet, że część zamieszania wynika z niezrozumienia, do czego odnosiło się „Tsuji” w kontekście Okinawy. Ta korekta ma znaczenie. Mówi mi, że nawet w ramach własnej japońskiej dyskusji na temat tradycji istnieje świadomość, że późniejsi ludzie wyolbrzymiali, zniekształcali i importowali niewłaściwe obrazy. Co, szczerze mówiąc, jest jedną z najbardziej ludzkich cech historii sztuk walki. Daj ludziom trzy pokolenia i dramatyczną anegdotę, a zamienią nadzorowane spotkanie w krwawą epopeję, zanim zdążysz dopić herbatę.
To także dlatego odmawiam traktowania każdej starej historii jako świętej tylko dlatego, że jest stara. Wiek nie jest dowodem. Powtarzanie nie jest dowodem. Pewność siebie z pewnością nie jest dowodem. Jeśli już, to kultura sztuk walki często nagradza osobę, która brzmi najbardziej pewnie, stojąc na najbardziej chwiejnych deskach podłogowych, jakie można sobie wyobrazić.
Słynna historia o bokserze z Kioto jest tego doskonałym przykładem. Tak, istnieje w japońskiej historii źródeł. Nie, nie jest tak schludna, jak ludzie by chcieli. Artykuł z 1925 roku w Okinawa Asahi Shimbun donosił o zwycięstwie Motobu nad „rosyjskim” bokserem w Kioto, a późniejsze narracje pomogły przekształcić to w jedną z najsłynniejszych historii związanych z jego imieniem. Ale sytuacja źródłowa nie jest czysta. Japońskie prace naukowe na ten temat, opublikowane za pośrednictwem J-STAGE, szczegółowo badają niepewności dotyczące tożsamości przeciwnika i dowodów prasowych z okresu Taishō. Oznacza to, że odpowiedzialne stanowisko to nie wyśmiewanie i odrzucanie tego epizodu jako fikcji, ani też nadymanie go do rangi bezbłędnej ewangelii. Odpowiedzialne stanowisko polega na stwierdzeniu tego, na co faktycznie pozwalają źródła: istnieją dowody na tę historię w japońskich doniesieniach i późniejszych dyskusjach, ale kluczowe szczegóły pozostają sporne. Wyobraźcie sobie – historia wymagająca dorosłej powściągliwości, a nie teatralnej pewności. Szokujący rozwój wydarzeń dla internetu, wiem.
A to jeszcze nie wszystko. Jedno z wczesnych doniesień prasowych podobno zawiera błąd w nazwisku, identyfikując danego człowieka jako „Motobu Chōyū” zamiast Chōki, przy czym późniejsze komentarze wskazywały na ten błąd. To jest właśnie ten rodzaj szczegółu, który uwielbiam, ponieważ burzy pocieszającą iluzję, że źródło pierwotne jest automatycznie bezbłędne tylko dlatego, że jest stare. Źródła pierwotne są cenne, owszem. Są też pisane przez ludzi, a ludzie przekręcają nazwiska, źle rozumieją wydarzenia, kompresują kontekst, wyolbrzymiają, pomijają, mylą się i czasami robią kompletny bałagan jeszcze przed obiadem. Więc kiedy widzę, jak ludzie machają „źródłem pierwotnym”, jakby samo to sformułowanie kończyło wszelką dyskusję, zazwyczaj zakładam, że tak naprawdę nie poświęcili zbyt wiele czasu na ich czytanie.
Innym szczegółem, który przykuł moją uwagę, jest to, jak japońskie materiały Motobu-ryū ujmują zasady treningowe wykraczające poza kata i kumite. Są tam odniesienia do makiwary oraz do form cichego, kontrolowanego przygotowania fizycznego. To może brzmieć niepozornie, ale takie nie jest. Sugeruje to świat, w którym trening uzupełniający nie był jakimś osobnym, macho popisem, lecz częścią sposobu, w jaki kształtowano i doskonalono umiejętności techniczne. Uważam to za znacznie ciekawsze niż współczesna obsesja na punkcie popisywania się łamaniem desek czy publikowania zdjęć posiniaczonych kostek z podpisem, który rozpaczliwie próbuje brzmieć głęboko. Człowiek poważnie pracujący z makiwarą i kontrolowanym trening
Im więcej czytałem, tym częściej wracałem do jednego niewygodnego wniosku. Motobu-ryū ma znaczenie nie dlatego, że dostarcza nam łatwego symbolu autentyczności, ale dlatego, że opiera się uproszczeniom. Zmusza kilka prawd do współistnienia, nie mordując się wzajemnie. Podtrzymuje roszczenie do dziedzictwa związanego z dworem, jednocześnie stawiając w centrum uwagi wojownika, którego reputacja jest związana z praktycznym kumite. Ceni kata, odmawiając jednocześnie przekształcenia kata w pustą choreografię. Zawiera słynne historie, które nie są w pełni pewne w każdym szczególe. Istnieje dziś dzięki oficjalnej auto-definicji, jednocześnie wymagając krytycznego dystansu od tej samej auto-definicji. Innymi słowy, zachowuje się jak prawdziwa historia. Nieuporządkowana, wielowarstwowa, czasem irytująca i znacznie ciekawsza niż wypolerowane bzdury zazwyczaj sprzedawane publiczności.
I powiem to wprost, ufam tradycjom bardziej, gdy wytrzymują krytyczne spojrzenie, niż gdy opierają się na ślepym szacunku. Cześć jest łatwa. Zwłaszcza w sztukach walki. Zrób surową minę, przygaś światła, wspomnij o „starożytnych wojownikach”, a połowa sali skinie głową, jakby mądrość cicho nadeszła. Wygląda przekonująco. Brzmi przekonująco. Często tak nie jest.
Liczy się to, co pozostaje, gdy ktoś zaczyna sprawdzać szczegóły. Daty. Publikacje. Nazwiska. Sformułowania. Niespójności. Luki. Motobu-ryū nie załamuje się pod wpływem takiej uwagi. Nie staje się też prostsze. Pozostaje tym, czym jest, wielowarstwowe, niedoskonałe i wciąż trwające.
To mi wystarcza.
Nie coś, co należy czcić. Nie coś, co należy lekceważyć.
Coś, co należy traktować poważnie.