Im więcej czasu obcuję ze sztukami walki, tym bardziej podejrzliwa staję się wobec perfekcji.
Nie umiejętności. Nie dyscyplina. Nie techniczny geniusz. Te rzeczy absolutnie istnieją. Mam na myli perfekcję w sensie mitologicznym. Wypolerowaną, fantastyczną wersję, którą ludzie desperacko próbują sprzedać. Ideę, że starzy mistrzowie sztuk walki unosili się przez życie niczym nietykalni królowie-filozofowie, którzy najwyraźniej potrafili pokonać dwunastu uzbrojonych napastników, pozostając jednocześnie duchowo zrównoważonymi, emocjonalnie spokojnymi i jakimś cudem wciąż mającymi idealnie wyprasowane hakamy.
Ludzie po prostu nie są aż tak eleganccy.
Historia z pewnością też nie była.
I właśnie dlatego Nippon Kempo tak mocno przykuło moją uwagę, gdy zacząłem zagłębiać się w japońskie źródła, archiwa uniwersyteckie, zapisy dojo, materiały federacyjne i starsze pisma związane z jego rozwojem. Ponieważ pod całą tą formalną etykietą, ukłonami, filozofią, głęboko japońską obsesją na punkcie dyscypliny i struktury, w samym centrum Nippon Kempo tkwi coś zaskakująco surowego.
Bardzo niewygodne pytanie.
„Co tak naprawdę działa, gdy inny człowiek naprawdę ci się opiera?”
Proste pytanie. Niebezpieczne pytanie.
Ponieważ w momencie, gdy sztuka walki szczerze zadaje sobie to pytanie, wszystko się zmienia. Nagle teorie mają konsekwencje. Liczy się wyczucie czasu. Liczy się dystans. Liczy się presja. Liczy się strach. Ego liczy się jeszcze bardziej.
I wiele systemów na przestrzeni dziejów po cichu unikało tego problemu, ponieważ rzeczywistość jest głęboko niewygodna.
Rzeczywistość rani ludzi.
Rzeczywistość zawstydza ludzi.
Rzeczywistość niszczy iluzje zadziwiająco szybko.
Założyciel Nippon Kempo, Sawayama Muneomi, zrozumiał to prawie sto lat temu. Pochodził ze środowiska judo i, według japońskich materiałów historycznych, stawał się coraz bardziej niezadowolony z ograniczeń dotyczących realistycznej praktyki uderzeń. Można było bez końca teoretyzować na temat uderzeń. Można było je pięknie demonstrować. Można było zachować kata z absolutną precyzją. Ale pod tym wszystkim wciąż krył się brutalny problem praktyczny:
Jak realistycznie trenować ciosy, kopnięcia, uderzenia, kombinacje, ruch i opór, nie wysyłając połowy dojo do szpitala do piątkowego wieczoru?
To była ściana.
Tak więc w 1932 roku w Osace Sawayama założył to, co wówczas nazywano Dai Nippon Kempo. I szczerze mówiąc, myślę, że ludzie dzisiaj nie doceniają, jak radykalne było jego myślenie jak na tamtą epokę. Współcześni fani sportów walki często zachowują się tak, jakby realizm wkroczył do sztuk walki dopiero gdzieś w okolicach narodzin walk w klatkach i kompilacji z YouTube'a. Tymczasem praktykujący Nippon Kempo eksperymentowali już z ochronnym pancerzem, uderzeniami w pełnym kontakcie, rzutami, przejściami do grapplingu i sparingami pod presją, podczas gdy wiele tradycyjnych systemów wciąż spierało się o to, czy nadmierne pocenie się szkodzi godności duchowej.
Historia ma czasem bardzo suche poczucie humoru.
Sprzęt ochronny stał się jedną z cech definiujących. Men
Ta szczerość staje się jeszcze bardziej widoczna, gdy spojrzy się na to, jak mocno kultura uniwersytecka ukształtowała tę sztukę w Japonii. Uniwersytet Kansai. Uniwersytet Kwansei Gakuin. Federacje studenckie. Konkurencyjne środowiska międzyuczelniane. Młodzi adepci intensywnie trenujący, jednocześnie godząc to z życiem akademickim. Właściwie uwielbiam ten obraz, bo wydaje mi się tak wyraźnie japoński.
Jeden student spędza popołudnie na studiowaniu równań inżynierskich, a wieczorem dostaje ciosy w kask od studenta prawa, poruszającego się z zatrważającą prędkością po wypolerowanych drewnianych podłogach.
Cywilizacja bywa czasem wspaniała.
I w przeciwieństwie do wielu starszych systemów sztuk walki, które powoli skamieniały w kulturze zachowania, Nippon Kempo ewoluowało nieustannie poprzez rywalizację. Przerwa wojenna w latach 40. oczywiście poważnie zakłóciła rozwój, ale po wojnie system odrodził się z niezwykłą zdolnością adaptacji. Powstały organizacje. Federacje się rozrosły. Struktury rywalizacji ustabilizowały się. Pojawiły się różne gałęzie, w tym Nippon Kempo Kai, Renmei, Kyokai, a później federacje skoncentrowane na sporcie.
Każda z nich utrzymywała nieco inne priorytety.
Niektóre kładły większy nacisk na tradycyjne kata i edukację filozoficzną. Inne mocno koncentrowały się na strukturach rywalizacji i wynikach sportowych. Niektóre gałęzie adaptowały techniki specjalnie do zastosowań wojskowych lub policyjnych. Ta różnorodność właściwie mówi coś ważnego o elastyczności samego systemu.
Mogło funkcjonować jako budō.
Mogło funkcjonować jako sport.
Mogło funkcjonować jako praktyczny trening obronny.
Bardzo niewiele sztuk walki potrafi zrównoważyć wszystkie trzy, nie popadając całkowicie w jedną kategorię.
Sama struktura kata również zafascynowała mnie bardziej, niż się spodziewałem. Ziemia. Woda. Ogień. Wiatr. Pustka. Pięć form żywiołów. Na powierzchni bardzo tradycyjna japońska symbolika, owszem, ale pod tą symboliką kryje się praktyczna edukacja ruchowa. Wyczucie czasu. Geometria. Zarządzanie dystansem. Przenoszenie ciężaru. Pozycjonowanie strukturalne. Rytm oddechu. Stan umysłu.
I to jest moment, w którym ludzie całkowicie odrzucający kata zazwyczaj nie rozumieją sedna.
Kata to nie magiczne zaklęcia.
Przynajmniej nie powinny nimi być.
Są one behawioralnymi wzorcami. Skompresowana informacja fizyczna. Problem nie tkwi w samych kata. Problem pojawia się, gdy systemy przestają testować pod presją, czy informacja zawarta w kata nadal działa pod oporem.
Nippon Kempo rozwiązało ten problem bezpośrednio poprzez randori i jiyū kumite.
I to prawdopodobnie dlatego sztuka ta przetrwała z w dużej mierze nienaruszoną wiarygodnością.
Uważam również za fascynujące, że niskie kopnięcia pozostały zabronione w oficjalnych zasadach rywalizacji. Wielu ludzi dzisiaj natychmiast wyśmiewa wszelkie ograniczenia, ponieważ współczesna kultura walki często fetyszyzuje całkowitą wolność, zapominając, że każdy istniejący system walki działa w ramach pewnych ograniczeń. Nippon Kempo zabraniało ataków na pewne niechronione obszary, jednocześnie zachęcając do agresywnego realizmu w innych aspektach.
Znowu – równowaga.
Zawsze równowaga.
To wydaje się być ukrytym filozoficznym pulsem, który przebiega przez całą tę sztukę.
Nawet nacisk na szacunek w dojo zaczyna mieć więcej sensu, gdy zrozumie się intensywność treningu. Japońskie źródła wielokrotnie podkreślają 礼節 – uprzejmość i etykietę. Niektórzy postronni widzą to i wyobrażają sobie miękkość. Całkowicie błędna interpretacja. Szacunek staje się ważniejszy właśnie dlatego, że trening jest ciężki. Jeśli ludziom pozwala się uderzać, rzucać, naciskać i fizycznie dominować nad sobą nawzajem, dyscyplina społeczna nagle nabiera ogromnego znaczenia.
W przeciwnym razie dojo bardzo szybko zamienia się w chaos.
Ludzie to nadal ludzie, nawet pod mundurami.
A społeczności sztuk walki również nie są magicznym wyjątkiem, pomimo tego, co niektórzy wielcy mistrzowie z podejrzanie dramatycznymi biografiami mogą twierdzić online. Każdy świat sztuk walki zawiera ego. Politykę. Rywalizacje. Tworzenie mitów. Dziwne osobowości. Mężczyźni po pięćdziesiątce, którzy nagle wierzą, że są potomkami tajnych zabójców po udziale w jednym seminarium w pobliżu góry Fudżi.
Mówię to z sympatią, oczywiście.
W większości.
Ale Nippon Kempo zawsze wydawało mi się odświeżająco ugruntowane w porównaniu do wielu systemów tonących w romantycznej automitologii. Jego korzenie były praktyczne. Jego metody były praktyczne. Nawet jego filozofia wydaje się dziwnie praktyczna pod poetyckim językiem. Samodyscyplina. Przezwyciężanie siebie. Służba społeczeństwu. Doskonalenie umysłu poprzez presję.
Nic mistycznego tam naprawdę nie ma.
Po prostu trudne.
Co być może wyjaśnia, dlaczego Nippon Kempo nigdy nie eksplodowało globalnie w taki sam sposób jak karate czy judo. Nie daje się łatwo zapakować dla masowej fantazji. Siedzi niezręcznie między światami. Zbyt tradycyjne dla niektórych współczesnych wojowników. Zbyt bojowe dla niektórych tradycjonalistów. Zbyt filozoficzne dla publiczności czysto sportowej. Zbyt fizyczne dla ludzi, którzy chcą tylko symbolicznej estetyki sztuk walki.
I jakoś tak myślę, że ta niezręczność może być w rzeczywistości jego siłą.
Ponieważ prawdziwe rzeczy często są niezręczne.
Prawdziwe systemy rzadko pasują idealnie do kategorii marketingowych.
Im jestem starszy, tym bardziej podejrzliwy staję się wobec wszystkiego, co udaje kompletną perfekcję. Zwłaszcza w sztukach walki. Perfekcja zazwyczaj oznacza, że ktoś wyciął niewygodne części. Siniaki. Sprzeczności. Porażki. Strach. Niekończące się powtórzenia. Uszkodzenia ego. Noce, kiedy techniki całkowicie załamują się pod presją, a ty nagle zdajesz sobie sprawę, że twoje ciało zdradziło każdą pewną teorię, którą twój mózg wymyślił wcześniej w tym tygodniu.
Nippon Kempo nigdy nie wydawało się szczególnie zainteresowane ukrywaniem tych realiów.
I być może właśnie dlatego tak bardzo je w końcu uszanowałem.
Nie dlatego, że rości sobie prawo do niezwyciężoności.
Nie dlatego, że obiecuje oświecenie.
Nie dlatego, że udaje, iż historia była czystsza, niż była w rzeczywistości.
Ale dlatego, że pod pancerzem, kata, filozofią, etykietą i ciężką japońską formalnością kryje się bardzo prosta idea, która wciąż wydaje się brutalnie aktualna dzisiaj:
Jeśli naprawdę chcesz zrozumieć siebie, w końcu musisz sprawdzić się w starciu z oporem.
Nie z fantazją.
Nie z teorią.
Nie z występem.
Z oporem.
I to dotyczy znacznie więcej niż tylko sztuk walki.