Nie spodziewałem się, że to tak długo będzie mi chodzić po głowie.
Wiesz, jak to jest – zaczynasz zagłębiać się w coś, myśląc, że tylko potwierdzisz kilka dat, może uporządkujesz parę faktów, a potem pójdziesz dalej jak rozsądna osoba, która ma inne rzeczy do zrobienia. Efektywnie. Dyscyplinarnie. Bardzo dorośle.
A potem nagle siedzisz tam, wiele godzin później, po cichu zirytowany tym, jak swobodnie ludzie mówią o rzeczach, którym tak naprawdę nigdy nie zadali sobie trudu, żeby się przyjrzeć.
Takenouchi-ryū to jedna z takich rzeczy.
Wspomina się o nim. Przytakuje się mu. Czasem jest wynoszone do rangi tego nieco leniwego określenia – „najstarsza szkoła jujutsu” – co brzmi wystarczająco imponująco, by zakończyć rozmowę, zanim ta się w ogóle zacznie. I zazwyczaj na tym się kończy.
Co, jeśli mam być szczery, jest trochę szkoda.
Bo kiedy faktycznie zagłębisz się w japońskie materiały – i mam na myśli naprawdę się w nie zagłębisz, a nie prześlizgniesz się po przetłumaczonym akapicie i nazwiesz tego badaniami – zaczynasz zauważać coś zupełnie innego. Coś mniej dop
Nie mówię nawet, że jedno jest lepsze od drugiego. Po prostu… inne.
Ale to rodzi niewygodne pytanie.
Kiedy mówimy, że dziś coś takiego „praktykujemy”, co dokładnie mamy na myśli?
Czy to zachowujemy? Interpretujemy? Rekonstruujemy? Wykonujemy?
I jak często tak naprawdę zatrzymujemy się i zadajemy sobie to pytanie szczerze, zamiast automatycznie przyjmować odpowiedź, która brzmi najbardziej imponująco w rozmowie?
Bo prawda rzadko bywa schludna.
Takenouchi-ryū, zgodnie z zapisami, ma swoje korzenie w 1532 roku. W osobie 竹内久盛. W kontekście konfliktów Sengoku. Obejmuje ustrukturyzowane systemy kumiuchi, kogusoku, torite oraz integrację broni. Jest cytowane w japońskich kompilacjach, takich jak 日本武道大系, i uznawane przez organizacje, takie jak 日本古武道協会.
Wszystko to jest solidne.
Udokumentowane.
Możliwe do prześledzenia.
Ale to, co dziś z tym robimy, jest nieuchronnie kształtowane przez nas.
Nasze ciała. Nasze oczekiwania. Nasze środowisko. Nasza potrzeba, by uczynić rzeczy dostępnymi, możliwymi do nauczenia i, okazjonalnie, komercyjnymi.
I gdzieś w tym procesie coś się zmienia.
Niekoniecznie utracone. Ale… zmienione.
I myślę, że to jest ta część, której ludzie albo nie zauważają, albo wolą o niej nie mówić.
Bo łatwiej jest powiedzieć „tak to było” niż przyznać „tak interpretujemy to, czym to mogło być”.
Jedno brzmi definitywnie.
Drugie wymaga nieco więcej pokory.
I wiem, wiem – pokora nie jest dokładnie najpopularniejszą walutą w rozmowach o sztukach walki. Pewność siebie, przekonanie, śmiałe twierdzenia – te rozchodzą się znacznie szybciej.
Ale od czasu do czasu coś takiego jak Takenouchi-ryū zmusza cię do zwolnienia na tyle, by uświadomić sobie, że historia tak naprawdę nie dba o naszą potrzebę prostych odpowiedzi.
Ona tam jest, nieco niewygodna, nieco oporna, cicho przypominając, że przeszłość nie została zaprojektowana, by schludnie pasować do współczesnych ram.
A jeśli na to pozwolisz – choć na chwilę – staje się to o wiele ciekawsze niż jakakolwiek uproszczona wersja, którą zwykliśmy sobie przekazywać.
Krótka.
Potem długa i kręta.
Potem coś, co trafia nieco ostrzej niż oczekiwano.
Bo tak to właśnie naprawdę czuć, kiedy przestajesz to upraszczać.
I zamiast tego zaczynasz słuchać.