Uechi-ryū

Oryginalny esej

Ostatnio spędziłem sporo czasu, zagłębiając się w historię Uechi-ryū, i muszę na samym początku przyznać coś dość zabawnego. Kiedy ludzie słyszą tę nazwę, często wyobrażają sobie coś mistycznego. Starożytne sekrety. Ukryte górskie świątynie. Szeptane techniki przekazywane w cieniu przez wieki. Wiecie, ten rodzaj romantycznych bzdur, które tak chętnie tworzy folklor sztuk walki.

Rzeczywistość, jak zwykle, jest zarówno mniej magiczna, jak i o wiele bardziej interesująca.

Bo kiedy faktycznie zaczynasz czytać japońskie źródła – zapisy stowarzyszeń z Okinawy, kroniki dojo, lokalne dokumenty historyczne i od czasu do czasu dość dosadną biografię – szybko zdajesz sobie sprawę, że Uechi-ryū nie jest mitem owianym mgłą. To bardzo ludzka historia. Historia o migracji, wojnie, upartych osobowościach, wymianie kulturowej i człowieku, który prawdopodobnie nigdy nie spodziewał się, że mała metoda treningowa, którą przywiózł z Chin, pewnego dnia rozprzestrzeni się po całym świecie.

A tym człowiekiem był Uechi Kanbun.

Urodził się w 1877 roku w Motobu na Okinawie, co już mówi coś o świecie, w którym dorastał. Okinawa w tamtym czasie nadal przystosowywała się do przymusowego włączenia do państwa japońskiego po zniesieniu Królestwa Ryūkyū. Było to skomplikowane miejsce politycznie i kulturowo. Ani w pełni japońskie, ani już całkowicie odrębne. Małe społeczeństwo wyspiarskie próbujące przetrwać ambicje modernizującego się imperium.

W to nieco niespokojne środowisko narodził się chłopiec o imieniu Kanbun Uechi.

Teraz pojawia się pierwszy mit. Niektórzy lubią przedstawiać jego podróż do Chin jako swego rodzaju heroiczną wyprawę po sekretną wiedzę o sztukach walki. Brzmi to wspaniale w narracji dokumentalnej, ale bardziej ugruntowane japońskie zapisy wskazują na coś znacznie prostszego.

Pobór.

W 1897 roku Japonia wprowadziła nowoczesną służbę wojskową, a młodzi mężczyźni z Okinawy nagle znaleźli się w sytuacji, w której oczekiwano od nich służby imperium. Kanbun nie był szczególnie entuzjastycznie nastawiony do tej perspektywy. Zrobił więc to, co w tamtych czasach robiło wielu młodych Okinawczyków.

Wyjechał.

Udał się do Fuzhou w prowincji Fujian w Chinach. Nie po to, by odkryć oświecenie. Nie po to, by odblokować ostateczne sekrety kung fu. Pojechał tam, aby uniknąć służby wojskowej i znaleźć pracę.

Czasami historia jest naprawdę tak praktyczna.

Ale Chiny go zmieniły.

Fuzhou na przełomie wieków było ruchliwym miastem portowym pełnym kupców, marynarzy, robotników i nauczycieli sztuk walki. Gdzieś w tym środowisku Kanbun spotkał chińskiego mistrza o imieniu Zhou Zihe. W japońskich zapisach jest on zapisywany jako Shū Shi Wa, co już pokazuje, jak tłumaczenie kulturowe zaczyna lekko wyginać imiona z ich pierwotnego kształtu.

Zhou Zihe nauczał systemu zwanego Pangai-noon.

Sama nazwa jest cudownie prosta. Oznacza coś w rodzaju „pół-twardy, pół-miękki”. Nie do końca poetycka. Ale brutalnie trafna.

I ta koncepcja stała się fundamentem Uechi-ryū.

Kanbun trenował pod okiem Zhou przez ponad dekadę. Trzynaście lat, według większości japońskich źródeł. Wystarczająco długo, by wchłonąć nie tylko techniki, ale i podstawową filozofię systemu. Trening koncentrował się na trzech centralnych formach.

Sanchin.

Seisan.

Sanseiryu.

Tylko trzy.

Jeśli jesteście przyzwyczajeni do niekończących się list kata w niektórych dzisiejszych szkołach karate, ten fakt może was zaskoczyć. Ale stare systemy były często niezwykle kompaktowe. Nie wymagały dziesiątek wzorców. Zamiast tego wymagały, abyś wycisnął wszystko z kilku bardzo wymagających.

Sanchin w szczególności jest niesławny.

Jeśli kiedykolwiek widzieliście, jak ktoś prawidłowo ją ćwiczy, od razu zrozumiecie dlaczego. Na pierwszy rzut oka wygląda prosto – powolne kroki, zaciśnięte pięści, kontrolowany oddech – ale wewnętrzne napięcie jest brutalne. Każdy mięsień zaangażowany. Każdy oddech wymuszony. To mniej kata, a bardziej rodzaj ruchomej żelaznej klatki, w którą się sam zamykasz.

W Uechi-ryū stało się to kręgosłupem całej metody treningowej.

Ale życie w Chinach nie zakończyło się spokojnie.

Około 1909 roku doszło do incydentu, który na zawsze zmienił życie Kanbuna. Jeden z jego uczniów wdał się w brutalny konflikt – większość źródeł wspomina o sporze o prawa do wody – a walka zakończyła się śmiercią człowieka.

Czy uczeń użył technik Pangai-noon bezpośrednio, jest niejasne. Zapisy są niejasne. Ale rezultat przeraził Kanbuna. Obwiniał się za nauczanie czegoś, co mogło być użyte do zabijania.

I zamknął swoją szkołę.

Ten moment ma większe znaczenie, niż większość ludzi zdaje sobie sprawę. Wiele wyjaśnia na temat późniejszej dziwnej osobowości Uechi-ryū. Kanbun wrócił na Okinawę i przez lata całkowicie odmawiał nauczania. Został rolnikiem. Cichy. Skryty. Prawie celowo anonimowy.

Przez długi czas sztuka walki po prostu tkwiła w nim.

Gdyby historia potoczyła się nieco inaczej, Uechi-ryū mogłoby tam zniknąć. Po prostu kolejna zapomniana chińska metoda treningowa przywieziona do domu przez niechętnego podróżnika.

Ale los – lub uparci uczniowie – miał inne plany.

W 1924 roku Kanbun przeniósł się do Wakayamy na głównej wyspie Japonii, aby pracować w przemyśle tekstylnym. Powstały tam społeczności migrantów z Okinawy, a w końcu niektórzy z nich odkryli jego przeszłość w sztukach walki.

Przekonali go, by znowu uczył.

Niechętnie.

Bardzo niechętnie.

W 1926 roku otworzył małą salę treningową, często określaną w japońskich źródłach jako Pangai-noon Karate Kenkyujo. W zasadzie instytut badawczy. Sama nazwa mówi coś o mentalności. Nie było to komercyjne dojo goniące za uczniami. Było to małe grono próbujące zachować coś niezwykłego.

I powoli styl zaczął się rozwijać.

Syn Kanbuna, Kanei Uechi, stał się kolejną kluczową postacią w tej historii. Urodzony w 1911 roku, Kanei dorastał, obserwując dziwną, surową metodę treningową ojca. Kiedy w końcu odziedziczył system po śmierci Kanbuna w 1948 roku, stanął przed trudną decyzją.

Zachować sztukę dokładnie taką, jaka była.

Albo ją zaadaptować.

Wybrał adaptację.

Kanei wprowadził dodatkowe kata, aby ułatwić nauczanie systemu i ustrukturyzować postępy uczniów. Formy takie jak Kanshiwa, Kanshu i Seichin pojawiły się w tym okresie. Puryści czasami na to narzekają, ale prawdopodobnie było to konieczne, jeśli styl miał przetrwać poza małym, wewnętrznym kręgiem.

I przetrwał.

Do lat 50. XX wieku system miał nową nazwę: Uechi-ryū.

Nazwany na cześć rodziny, która go rozwijała.

Metody treningowe również ewoluowały w tym czasie, choć niektóre ze starszych praktyk pozostały brutalnie nienaruszone. Opisy dojo z Okinawy z połowy XX wieku wspominają o kote kitae – kondycjonowaniu przedramion, gdzie partnerzy wielokrotnie zderzają swoje ramiona, aż kości stopniowo się wzmocnią.

Były też ćwiczenia z drewnianymi kijami, trening z silnym uderzaniem w ciało i inne zachwycające aktywności, które prawdopodobnie przyprawiłyby współczesnych inspektorów BHP o mały zawał serca.

Nie żeby ktoś ich o to pytał.

Styl stopniowo rozprzestrzenił się na Okinawie, a po latach 60. XX wieku także na arenie międzynarodowej. Natknęli się na niego amerykańscy żołnierze stacjonujący na wyspie. Niektórzy trenowali poważnie i zabrali go ze sobą za ocean. Wkrótce szkoły Uechi-ryū pojawiły się w Stanach Zjednoczonych, Europie i poza nimi.

Ale to, co fascynuje mnie najbardziej, to to, jak osobowość tego stylu wciąż odzwierciedla samego Kanbuna.

Jest bezpośredni. Twardy. Nieco uparty.

Jest w nim bardzo mało ozdobników.

Wiele systemów karate z czasem stało się zorientowanych na sport lub estetycznie dopracowanych. Uechi-ryū nigdy w pełni nie poszło tą drogą. Nawet dzisiaj wydaje się nieco surowe. Techniki są zwarte. Praca nóg w pozycjach jest wąska. Uderzenia często wykorzystują kostki, opuszki palców lub otwarte dłonie w sposób, który wydaje się bliższy chińskiemu boksowi niż głównemu nurtowi japońskiego karate.

Co oczywiście ma doskonały sens.

Ponieważ dokładnie stamtąd się wywodzi.

Czasami, gdy ludzie rozmawiają o historii karate, lubią rysować bardzo schludne linie. Japońskie karate. Okinawskie karate. Chińskie kung fu. Jakby te rzeczy były uporządkowanymi kategoriami, grzecznie ułożonymi na oddzielnych półkach.

Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Uechi-ryū jest jednym z najjaśniejszych przypomnień tej skomplikowanej rzeczywistości. Mężczyzna z Ryūkyū udał się do Chin, aby uniknąć służby wojskowej, trenował pod okiem chińskiego nauczyciela, wrócił na Okinawę, później uczył pracowników migrujących w kontynentalnej Japonii, a ostatecznie stworzył styl karate, który obecnie istnieje na całym świecie.

Niezbyt schludne pudełeczko.

I być może to właśnie mi się w nim podoba.

Historia sztuk walki jest pełna legend, wymyślonych rodowodów i wspaniałych opowieści o tajemnych mistrzach ukrytych w górskich klasztorach. Uechi-ryū tak naprawdę nie potrzebuje tych ozdobników. Prawdziwa historia jest już wystarczająco interesująca.

Młody człowiek uciekł przed poborem.

Trenował ciężko przez trzynaście lat.

Próbował przestać nauczać po tragedii.

Studenci i tak go do tego z powrotem wciągnęli.

Jego syn przekształcił system.

A teraz tysiące ludzi codziennie ćwiczy te trzy oryginalne kata gdzieś na tej planecie.

Nieźle jak na styl, który prawie zniknął w życiu rolnika na Okinawie.

Więc ilekroć ktoś pyta mnie, czym tak naprawdę jest Uechi-ryū, zazwyczaj opieram się pokusie udzielenia uprzejmej, akademickiej odpowiedzi.

Zamiast tego mówię coś prostszego.

To uparte karate.

W połowie twarde. W połowie miękkie. Całkowicie ludzkie.

A jeśli kiedykolwiek będziesz prawidłowo trenować Sanchin, zrozumiesz dokładnie, co to znaczy.

Twoje płuca będą protestować.

Twoje nogi będą drżeć.

I gdzieś w połowie kata możesz zacząć się zastanawiać, dlaczego ktokolwiek w ogóle dobrowolnie wymyślił tę rzecz.

Ta chwila, podejrzewam, wywołałaby u Kanbuna Uechi uśmiech.

A ponieważ historia sztuk walki ma zły zwyczaj tonięcia w mitologii, na wpół zapamiętanych opowieściach z dojo i okazjonalnych heroicznych baśniach o tajemnych mistrzach na mglistych górach, wolę odłożyć romantyczne legendy na bok i pokazać szkielet badań. Powyższa historia nie opiera się na plotkach, broszurach marketingowych czy folklorze sztuk walki. Jest ona zbudowana na japońskiej i okinawskiej dokumentacji, która rejestruje życie Kanbuna Uechi, rozwój treningu Pangai-noon w Fuzhou oraz późniejszą ewolucję Uechi-ryū na Okinawie i w kontynentalnej Japonii.

Dla czytelników, którzy wolą udokumentowaną historię od mitologii dojo, oto japońskie i okinawskie źródła historyczne, które stanowiły podstawę tego tekstu.

Wybrane japońskie i okinawskie źródła historyczne

Uechi-ryū Karatedō Rengōkai (上地流空手道連合会).

Organizacyjne archiwa historyczne dokumentujące rodowód karate Uechi-ryū i życie jego założyciela Kanbuna Uechi (上地完文, 1877–1948).

Okinawa Dentō Karate-dō Shinkōkai (沖縄伝統空手道振興会).

Dokumentacja historyczna dotycząca tradycyjnych okinawskich stylów karate, zachowana przez prefekturalną organizację Okinawy odpowiedzialną za ochronę dziedzictwa okinawskiego karate.

Ryūsei-kai Uechi-ryū Karate-dō (琉成會).

Dokumentacja techniczna i historyczna dotycząca programu kata Uechi-ryū, w tym klasycznych form Sanchin (三戦), Seisan (十三) i Sanseiryu (三十六), a także późniejszych kata opracowanych w ramach systemu okinawskiego.

Uechi-ryū Karate-dō Shubukan (上地流空手道修武館).

Historyczne zapisy dojo opisujące wczesny rozwój systemu oraz instytut szkoleniowy Pangai-noon założony przez Kanbuna Uechi w Wakayamie w 1926 roku.

Motobu Town Board of Education (本部町教育委員会).

Lokalne zapisy historyczne związane z pomnikiem upamiętniającym Kanbuna Uechi w Motobu na Okinawie.

Archiwa stowarzyszeń karate na Okinawie i historyczne zapisy dojo, dokumentujące tradycyjne praktyki treningowe Uechi-ryū, w tym praktykę Sanchin, kondycjonowanie przedramion kote-kitae (小手鍛え) oraz ewolucję programu kata.