Zastanawiałem się nad porównaniem Hashashinów i shinobi i muszę przyznać, że jest to jedno z tych pytań, które przez jakieś trzy sekundy wydaje się proste, zanim otworzy zapadnię pod twoimi stopami i wrzuci cię do piwnicy pełnej średniowiecznej polityki, religijnych polemik, spalonych archiwów, górskich fortec, japońskich watażków, pracy wywiadowczej, złych tłumaczeń, teatralnych kostiumów i, szczerze mówiąc, heroicznej ilości nonsensów napisanych przez ludzi, którzy zobaczyli słowo „zabójca” i natychmiast stracili wszelką naukową samokontrolę. Więc tak, rozumiem, dlaczego ludzie widzą podobieństwa. Ja też je widzę. Musiałbym być ślepy, uparty lub zatrudniony przez komitet, żeby ich nie zauważyć. Obie tradycje otacza cień. Obie zostały zromantyzowane na śmierć, wskrzeszone, ubrane na czarno, wręczono im sztylet i zmuszono do występowania dla popularnej wyobraźni jak wyczerpane historyczne zwierzęta cyrkowe. Obie działały w światach, gdzie bezpośrednia władza nie zawsze była dostępna, gdzie informacja miała znaczenie, gdzie można było pielęgnować strach, gdzie oszustwo miało strategiczną wartość i gdzie jedna osoba we właściwym miejscu i czasie mogła zmienić temperaturę całej sytuacji politycznej. To jest ta kusząca część. To tam ludzie pochylają się i mówią: „Ach, więc muszą być ze sobą połączeni”. I to tam ja psuję imprezę, naturalnie, bo historia jest często najciekawsza, gdy odmawia zachowywania się jak scenariusz Netfliksa.
Powiem to najpierw jasno, bo nie chcę grzebać odpowiedzi pod jedwabiem, dymem i akademickim kadzidłem: Nizaryci Ismaili z Alamutu, powszechnie, ale problematycznie nazywani Hashashinami lub Asasynami, pojawili się wcześniej w zapisach historycznych niż jasno udokumentowani japońscy shinobi. Hasan-i Sabbah zdobył Alamut w 1090 roku. Rozłam Nizari-Mustaʿli nastąpił w latach 1094-1095, a stamtąd państwo Nizarytów Ismaili rozwinęło własną strukturę polityczną, religijną i wojskową na częściach Iranu, a później Syrii. Państwo Alamut zostało zniszczone przez Hülegü i Mongołów w 1256 roku, a syryjskie twierdze Nizarytów ostatecznie znalazły się pod kontrolą Mameluków, z ostatnią dużą placówką upadającą w 1273 roku. Shinobi, w przeciwieństwie, pojawiają się wyraźnie w japońskiej historii dokumentalnej później, z najwcześniejszym pewnym odniesieniem zazwyczaj umieszczanym w Taiheiki pod koniec XIV wieku, podczas gdy główne podręczniki ninjutsu – Bansenshūkai z 1676 roku, Shōninki z 1681 roku i tradycja Ninpiden lub Shinobihiden – są kodyfikacjami praktyk i idei z okresu Edo, które były już starsze. Więc jeśli pytanie brzmi po prostu: „Kto był pierwszy?”, to moja odpowiedź brzmi: Nizaryci Ismaili z Alamutu byli pierwsi jako pewnie datowana zorganizowana formacja. Proszę. Historia na chwilę się uspokoiła. Ciesz się chwilą. To nie potrwa długo.
Teraz przejdźmy do bardziej kuszącego pytania: czy byli ze sobą połączeni? Czy jedni wpłynęli na drugich? Czy istniał jakiś tajny łańcuch przekazu z fortec Alamutu do górskich społeczności Iga i Kōka? Czy istniał, jak ludzie uwielbiają sobie wyobrażać, ukryty korytarz cienia biegnący ze średniowiecznej Persji i Syrii aż do Japonii, niosący sztylety, doktryny i dramatyczne wejścia? Chciałbym powiedzieć wam tak, wyłącznie dlatego, że byłaby to wspaniała historia i prawdopodobnie bardzo dobrze sprzedawałaby się mężczyznom, którzy posiadają zbyt wiele replik mieczy. Ale nie mogę. Nie znalazłem żadnych dowodów dokumentalnych na bezpośredni kontakt, przekaz, współpracę, wspólne pochodzenie ani znaczący wpływ między Nizarytami Ismaili a japońskimi shinobi. Żadnych. I nie mam na myśli „żadnych” w sensie teatralnym. Mam na myśli żadnych w suchym, irytującym, archiwalnym sensie. Chronologia jest kłopotliwa, geografia jest kłopotliwa, zapisy źródłowe milczą, a cisza w historii może czasem być znacząca, zwłaszcza gdy ludzie desperacko próbują ją wypełnić fletem i tablicą spiskową.

Zamiast tego widzę coś bardziej subtelnego i, moim zdaniem, bardziej inteligentnego: rozwój konwergentny. Różne społeczeństwa, stające w obliczu różnych, ale strukturalnie podobnych problemów, wytworzyły podobne rodzaje rozwiązań. Dzieje się tak cały czas. Ludzie nie są tak oryginalni, jak sobie schlebiają. Daj jednej grupie rozdrobnioną suwerenność, przemoc polityczną, silniejszych wrogów, ufortyfikowane krajobrazy, lojalności religijne lub lokalne i potrzebę przetrwania bez zawsze wygrywania otwartych bitew, a zaczną cenić inteligencję, ukrywanie się, sygnalizowanie, infiltrację, przebranie, cierpliwą obserwację i selektywną przemoc. Daj innej grupie, tysiące mil dalej, rozdrobniony krajobraz wojskowy, wojnę zamkową, słabą kontrolę centralną w niektórych regionach, górski teren, rywalizujących panów i potrzebę wiedzy, co robi wróg, zanim wróg uprzejmie ogłosi to na papierze firmowym, a oni również rozwiną zbieranie informacji, rozpoznanie, ukryte ruchy, oszustwo, podpalenia, przebranie i presję psychologiczną. Czy to tajemnicze? Niezupełnie. Czy to fascynujące? Całkowicie. Podobne problemy często prowadzą do podobnych narzędzi. Strategia się rymuje. Nie zawsze musi zapożyczać melodię.
Myślę też, że musimy być ostrożni ze słowem „Hashashin”, ponieważ niesie ono ze sobą wiele bagażu, z czego większość została spakowana przez wrogów i późniejszych gawędziarzy z upodobaniem do melodramatu. Bardziej historycznie precyzyjnym terminem są Nizaryci Ismaili. Nie byli oni po prostu „zakonem zabójców”, choć to sformułowanie przylgnęło do nich jak nieprzyjemny zapach do aksamitnego płaszcza. Byli szyicką wspólnotą religijno-polityczną kierowaną przez imama, z organizacją misyjną, daʿwa, sieciami fortec w Iranie i Syrii, strukturami doktrynalnymi zbudowanymi wokół imamatu, taʿlim, taqiyya, a później proklamacją qiyama w Alamucie. Słynny fidaʾi, oddany agent gotowy do wykonywania misji wysokiego ryzyka, był wystarczająco realną częścią obrazu, ale nie był całym obrazem. Redukowanie Nizarytów do ludzi z sztyletami jest trochę jak redukowanie średniowiecznej Japonii do faceta w czarnej piżamie ukrywającego się za parawanem. Wygodne, teatralne i historycznie niedożywione.
To jedna z najsilniejszych różnic między nimi a shinobi. Nizaryci byli państwem-wspólnotą, a przynajmniej opartą na fortecach formacją religijno-polityczną, z doktryną, przywództwem, misją, fortyfikacjami, dyplomacją, wewnętrzną hierarchią i przetrwaniem jako mniejszość pod ekstremalną presją. Shinobi tacy nie byli. Nie byli pojedynczym transregionalnym zakonem religijnym. Nie łączyło ich jedno wyznanie, jeden imam, jedna doktryna ani jedno państwo-forteca rozciągające się na różne regiony. Byli tajnymi specjalistami osadzonymi w japońskim społeczeństwie wojskowym, szczególnie związanymi z miejscami takimi jak Iga i Kōka, a później ze służbą domenalną i szogunacką. Niektórzy byli lokalnymi wojownikami, niektórzy byli związani z rodami wojskowymi, niektórzy stali się dziedzicznymi Iga-mono lub Kōka-mono, niektórzy pełnili funkcje strażników, zwiadowców, informatorów, infiltratorów, posłańców lub pracowników wywiadu. Same starsze terminy były zróżnicowane: shinobi, kusa, suppa, rappa, kamari i inne. Nawet obecnie uniwersalne słowo „ninja” jest stosunkowo późne jako znana współczesna etykieta. Naturalnie, współczesna kultura popularna usłyszała o całej tej złożoności i uznała, że czarne maski są łatwiejsze. Nie mogę nawet powiedzieć, że jestem zszokowany. Kultura popularna nigdy nie spotkała niuansu, którego nie próbowałaby udusić plakatem.
Kiedy czytam o Nizarytach u historyków takich jak Farhad Daftary, Marshall Hodgson, Shafique Virani oraz w hasłach Encyclopaedia Iranica, widzę społeczność, która przez wieki była pogrzebana pod wrogimi legendami. Ich własne archiwa w Alamut zostały w dużej mierze zniszczone po podboju mongolskim, a to ma ogromne znaczenie. Często poznajemy ich przez wrogów: perskich historyków, takich jak ʿAta-Malik Juvayni, który miał dostęp do materiałów w Alamut, ale pisał z wrogiej pozycji, oraz łacińskich świadków, takich jak Wilhelm z Tyru, którego relacje kształtowały postrzeganie przez krzyżowców i Europejczyków. Niektóre wrogie źródła są nadal cenne; historia jest taka irytująca. Stronnicze źródło nie jest automatycznie bezużyteczne, ale należy się z nim obchodzić w rękawiczkach, a nie połykać w całości jak plotkę z pubu. Juvayni, Rashid al-Din i Kashani zachowują elementy zaginionych obecnie materiałów, ale piszą również ze światów głęboko przeciwnych Nizarytom. Więc kiedy późniejsza europejska wyobraźnia zamienia ich w odurzonych fanatyków wędrujących po rajskich ogrodach, zanim zostaną wysłani do mordowania ludzi, unoszę brew. Właściwie, obie brwi. To niezły trening.
Historia o odurzonym rajskim ogrodzie to jedna z tych legend, które nie chcą umrzeć, bo są zbyt barwne. Ludzie ją uwielbiają. Rzekomy „Starzec z Gór”, młodzi ludzie odurzeni haszyszem, sztuczny raj, obietnica niebiańskiej nagrody, hipnotyczna uległość – to jest kinowe, złowrogie i niezwykle wygodne dla wrogów, którzy chcieli przedstawić Nizarytów jako irracjonalne potwory, a nie strategicznych aktorów politycznych. Współczesna nauka podeszła do większości tej legendy bardzo sceptycznie i słusznie. To nie znaczy, że przemoc Nizarytów nie miała miejsca. Miała. To znaczy, że powinniśmy przestać mylić polemiczną fantazję z dowodami. Nizaryci stosowali selektywne, ukierunkowane zabójstwa jako jedną z wielu strategii, zwłaszcza przeciwko potężnym wrogom, których nie mogli pokonać w konwencjonalnej wojnie. Stosowali również dyplomację, budowanie sojuszy, fortyfikacje, sieci misyjne i taktyki przetrwania politycznego. To mniej kreskówkowe. Jest też bardziej niepokojące, bo bardziej racjonalne.
Shinobi cierpią z powodu innego rodzaju zniekształceń. Ich problemem są nie tylko wrogie źródła, ale i teatralne życie pozagrobowe. W przypadku Japonii mamy cenne podręczniki z okresu Edo, takie jak Bansenshūkai, Shōninki i Ninpiden, obok szerszych tekstów wojskowych, takich jak Gunpō jiyōshū, oraz współczesne prace instytucjonalne z miejsc takich jak Międzynarodowe Centrum Badań nad Ninja Uniwersytetu Mie i Narodowa Biblioteka Parlamentarna. Ale mamy też kabuki, fikcję, mangę, filmy, gry, turystykę, fantazyjne stroje i tę szczególną współczesną chorobę, gdzie każda ukryta tradycja musi być albo mistyczna, albo rynkowa, najlepiej obie. Historyczni shinobi nie byli po prostu zabójcami. Ich praca koncentrowała się znacznie bardziej na zbieraniu informacji wywiadowczych, rozpoznaniu, infiltracji, podpaleniach, sygnalizacji, blokadach drogowych, wchodzeniu do zamków, mapowaniu informacji, kamuflażu, oszustwie i lokalnej wiedzy. Zabójstwo było możliwe, owszem, ale nie było to definiujące jądro w sposób, w jaki lubi zakładać leniwa wyobraźnia. Leniwa wyobraźnia, niech jej Bóg błogosławi, widzi cień i natychmiast wręcza mu nóż.
W tym miejscu porównanie staje się użyteczne, o ile nie posuniemy się za daleko. Nizarycki fidaʾi jest często kojarzony z cierpliwym, z bliska zabijaniem wysoko postawionych wrogów politycznych lub wojskowych. Wilhelm z Tyru opisuje zwolenników, którzy czekali na odpowiedni moment, z sztyletem w ręku, gotowi do działania na rozkaz. Ponownie, wrogie źródło, ale wciąż ważne. Źródła dotyczące shinobi, z drugiej strony, ukazują szerszy zakres rzemiosła: przebieranie się za kupca lub żebraka, noszenie narzędzi do pisania, zapamiętywanie dróg i domów, szkicowanie wrogich sztandarów i twarzy, używanie kolorowego ryżu lub zwykłych znaków jako znaczników trasy, potajemne przenoszenie ognia, wchodzenie do domostw poprzez manipulację społeczną, późniejsze przynoszenie prezentów w celu zmniejszenia podejrzeń, używanie leków, słomkowych kapeluszy, ręczników, narzędzi do rozpalania ognia, haków wspinaczkowych i wszystkich tych małych, brzydkich praktycznych rzeczy, które sprawiają, że praca wywiadowcza jest mniej efektowna, a bardziej skuteczna. Uważam to za głęboko satysfakcjonujące, ponieważ prawdziwa historia jest zawsze bardziej praktyczna niż fantazja. Fantazja mówi: „Bądź tajemniczy”. Historia mówi: „Weź ołówek, zapamiętaj drogę i nie upij się”. Szczerze mówiąc, historia jest surowszym rodzicem.
Shōninki szczególnie mnie fascynuje, ponieważ nie mówi jedynie: „Skradaj się i wyglądaj znacząco”. Formalizuje narzędzia, przebrania i metody społeczne. Jego siedem przebrań i sześć podstawowych narzędzi pokazuje, że shinobi musieli być mobilni społecznie, świadomi psychologicznie i przygotowani logistycznie. Gunpō jiyōshū jeszcze wyraźniej podkreśla: dowódca nie może właściwie planować bez znajomości wroga i terenu. Dobry shinobi potrzebował więc inteligencji, pamięci, elokwencji, umiejętności zapisywania informacji i dyscypliny, aby wrócić z użyteczną wiedzą. Użyteczną wiedzą. Nie z wrażeniami. Nie z heroiczną postawą. Nie z „poczułem potężną energię z zamku wroga”. Wyobraź sobie powrót do watażki z czymś takim i oczekiwanie, że nie zostaniesz wrzucony do fosy.
Bansenshūkai dodaje kolejną warstwę, ponieważ nie chodzi tylko o sztuczki i narzędzia. Zawiera ramy etyczne, zwłaszcza ideę *seishin*, czyli prawe lub właściwie uporządkowane serce. Pisałem o tym wcześniej, ponieważ uważam, że jest to jeden z najbardziej niezrozumiałych aspektów ninjutsu. Tradycja shinobi, przynajmniej w formie skodyfikowanej w tym źródle, uznawała, że metody tajne są moralnie niebezpieczne. Oszustwo, infiltracja i ukryta przemoc mogą łatwo stać się kradzieżą, okrucieństwem, próżnością lub prywatną korupcją, jeśli nie są czymś rządzone. Tekst nalega więc na samokontrolę, lojalność, sprawiedliwość, człowieczeństwo i powściągliwość. Ostrzega nawet przed uleganiem pijaństwu, pożądaniu i chciwości. Co jest strasznie bezmyślne z jego strony, bo wielu współczesnych typów z „wojowniczym nastawieniem” wolałoby starożytną tradycję, która popiera ich najgorsze nawyki, jednocześnie nadając im dramatyczną estetykę. Stare podręczniki są mniej wyrozumiałe. Mają tendencję do mówienia, w swój surowy sposób: „Trenuj swoje serce, zanim zaufasz swojej ręce”. Irytujące. Konieczne. Zazwyczaj to samo.
Ramy ideologiczne Nizarytów są zupełnie inne. To nie jest *seishin*. To nie jest japońska etyka wojownika. Jest zakorzeniona w doktrynie szyickiej Ismaili, autorytecie imama, koncepcji *taʿlim*, praktyce *taqiyya* w warunkach wrogich oraz ezoterycznej rekonfiguracji życia religijnego, widocznej w proklamacji *qiyama* w Alamucie. Ma to znaczenie, ponieważ oznacza, że tajna działalność Nizarytów nie była tylko zestawem narzędzi. Mieściła się w religijno-politycznym światopoglądzie. *Fidaʾi* nie należał do luźnej kategorii zawodowej, takiej jak „specjalista od tajnych operacji do wynajęcia”. Należał do społeczności ustrukturyzowanej przez lojalność, doktrynę, misję i przetrwanie. Shinobi natomiast działali w ramach wojskowych gospodarstw domowych, lokalnych sieci, społeczności wojowników wiejskich, służby daimyō, urzędów siogunatu i praktycznej kultury walki. Ich etyka mogła być poważna, ale nie była zorganizowana wokół jednego transregionalnego imamatu. To rozróżnienie nie jest małym przypisem. To kręgosłup porównania.
Chcę również sprzeciwić się współczesnemu nawykowi bezmyślnego nazywania Nizarytów „wczesnymi terrorystami”. Rozumiem, dlaczego pojawia się to porównanie. Ukierunkowane zabójstwa, symboliczna przemoc, strach, głośne ofiary – pokusa jest. Ale badacze, tacy jak David Cook, argumentowali za ostrożnością, i zgadzam się z tą ostrożnością. Ataki Nizarytów były ukierunkowane, zazwyczaj wymierzone w konkretnych wrogów politycznych, wojskowych lub religijnych, i nie ma solidnych dowodów na to, że napastnicy dążyli do śmierci dla samej śmierci, w sposób, w jaki ludzie często rzutują wstecz z nowoczesnego terroryzmu samobójczego. Wiele misji było niemal samobójczych, ponieważ atakujący miał niewielkie szanse na ucieczkę, ale to nie to samo, co uczynienie śmierci centralnym celem. Precyzja ma znaczenie. Wiem, że precyzja jest mniej ekscytująca niż krzyczenie „terroryzm” przez osiem wieków, ale wszyscy musimy ponieść ofiary.
Ta sama ostrożność dotyczy shinobi. Nazywanie ich „japońskimi zabójcami” jest lenistwem. Byli agentami wywiadu, zwiadowcami, infiltratorami, sabotażystami, podpalaczami, posłańcami, szpiegami, przewodnikami, strażnikami, informatorami, a czasem agentami zakłóceń psychologicznych. Ich świat to zamki, przełęcze górskie, zmieniające się sojusze, rywalizacja watażków, lokalna autonomia i praktyczne przetrwanie. W Iga i Kōka geografia i słaba władza centralna pomogły stworzyć społeczności, w których lokalne grupy wojowników rozwijały wyspecjalizowane metody. W okresie Sengoku te umiejętności stały się cenne dla większych potęg militarnych. Później, w okresie Edo, niektóre z tych ról zostały udomowione w bardziej biurokratyczne formy: Iga-mono, Kōka-mono, Oniwaban i inne funkcje wywiadowcze lub strażnicze. To znacznie mniej dramatyczne niż człowiek znikający w dymie, ale większość prawdziwej pracy jest mniej dramatyczna niż jej kostium.
To jest część, którą uważam za najbardziej interesującą: zarówno Nizaryci, jak i shinobi byli kształtowani przez teren. Alamut nie był nastrojem. Był fortecą. Świat Nizarytów zależał od górskich twierdz, trudnego dostępu, ufortyfikowanych społeczności, sieci lojalności i komunikacji oraz zdolności do opierania się silniejszym mocom zarówno poprzez geografię, jak i ideologię. Iga i Kōka również były kształtowane przez teren: górzyste, rozdrobnione, lokalnie bronione, trudne do kontrolowania z zewnątrz. Góry uczą polityki. Uczą cierpliwości. Uczą ludzi, jak znikać bez potrzeby magii, głównie poprzez męczenie, dezorientowanie i uprzykrzanie życia obcym. Zawsze podejrzewałem, że góry mają mroczne poczucie humoru.
Ale znowu, podobieństwo nie jest dowodem wpływu. Społeczności górskie często rozwijają obronną autonomię. Mniejszości często rozwijają tajność. Słabsi aktorzy często rozwijają metody wywiadowcze. Fragmentacja polityczna często wytwarza tajnych specjalistów. Nic z tego nie wymaga ukrytego historycznego mostu między Alamutem a Iga. Wymaga jedynie ludzi pod presją, czego historia dostarcza w nadmiernych ilościach. Całkiem hojnie z jej strony, naprawdę. Nawet zbyt hojnie.
Uważam również, że musimy zrozumieć rolę reputacji. Obie grupy stały się większe w wyobraźni, niż prawdopodobnie były w rzeczywistości operacyjnej. Nie oznacza to, że były nieistotne. Oznacza to, że sama reputacja stała się częścią broni. Nizaryci terroryzowali wrogów nie dlatego, że mogli zabić wszystkich, ale dlatego, że wydawali się być w stanie dotrzeć do konkretnych ludzi, którzy uważali się za chronionych. Sztylet na poduszce, zabójstwo w świętym lub publicznym miejscu, nagle ujawniony cel wysokiej wartości – te rzeczy wywołują szok psychologiczny daleko wykraczający poza akt fizyczny. Shinobi również czerpali korzyści z reputacji. Jeśli wróg wierzy, że niewidzialni agenci mogą wejść do zamku, wzniecić pożary, zbierać sekrety lub zamienić służących w informatorów, strach wykonuje połowę pracy, zanim ktokolwiek wejdzie na mur. Strach to wspaniały mały współpracownik. Niezawodny, dramatyczny, ale użyteczny.
Oczywiście, późniejsze mity wyolbrzymiły obie reputacje. Nizaryci stali się Asasynami europejskiej fantazji: odurzeni fanatycy, tajne ogrody, absolutne posłuszeństwo, złowrogi wschodni kult wygodnie zaprojektowany, by terroryzować i fascynować zachodnich czytelników. Shinobi stali się ninja popularnej rozrywki: zamaskowani, akrobatyczni, magiczni, moralnie dwuznaczni, albo nadludzcy, albo absurdalni, w zależności od budżetu. W obu przypadkach mit ujawnia tyle samo o ludziach, którzy go opowiadają, co o ludziach, których opisuje. Wrogowie nazywali Nizarytów potworami, ponieważ łatwiej było to niż przyznać, że byli inteligentni politycznie. Współczesna rozrywka uczyniła ninja magicznymi, ponieważ cierpliwa praca wywiadowcza jest trudna do sfilmowania, chyba że za kamerą stoi ktoś bardzo sprytny. Człowiek robiący notatki o nachyleniu dróg nie sprzedaje się tak dobrze jak salto w tył przez chmurę dymu. Tragiczne, ale tak to już jest.
Gdybym miał sprowadzić to porównanie do samych kości, powiedziałbym tak: Nizaryci byli wcześniejsi, bardziej scentralizowani w sensie doktrynalno-religijnym, opierali się na fortecach, byli zorientowani na imama i słynęli z ukierunkowanych zabójstw politycznych jako jednego z narzędzi przetrwania. Shinobi pojawili się później w jasnej dokumentacji, byli zdecentralizowani, osadzeni w japońskim społeczeństwie wojskowym i szerzej kojarzeni z rozpoznaniem, infiltracją, sabotażem, zbieraniem informacji, kamuflażem i praktyczną sztuką polową. Obie grupy posługiwały się tajemnicą. Obie rozumiały strach. Obie działały w rozdrobnionych krajobrazach politycznych. Obie przyciągały legendy, ponieważ zwykli ludzie stają się strasznie podekscytowani, gdy zdają sobie sprawę, że historia zawiera profesjonalistów od ukrywania się. Ale nie były to te same rzeczy. Były kuzynami pod względem funkcji, a nie rodzeństwem pod względem pochodzenia.
Wiem, że niektórzy uznają to za rozczarowujące. Lubimy zgrabne połączenia. Lubimy ideę, że jeden cień nauczył drugi cień, jak się poruszać. Lubimy tajne historie, ukryte linie, zagubione przekazy, tajemniczych podróżników przemierzających kontynenty z zakazanymi technikami ukrytymi w rękawach. To daje satysfakcję. Sprawia, że świat wydaje się bardziej zaprojektowany, niż jest w rzeczywistości. Ale prawdziwa odpowiedź jest bardziej dojrzała i dlatego nieco mniej popularna: nie ma dowodów na bezpośrednie połączenie, a podobieństwa najlepiej wyjaśnia powtarzająca się logika asymetrycznego konfliktu. Właściwie wolę to. Oznacza to, że ludzka strategia ma wzorce. Oznacza to, że presja ujawnia tę samą mroczną inteligencję w różnych miejscach. Oznacza to, że historia nie musi plagiatować samej siebie, aby się rymować.
Sam problem źródłowy jest niemal poetycki. W przypadku Nizarytów mamy do czynienia ze światem, którego wewnętrzne zapisy zostały częściowo zniszczone, co zmusza nas do rekonstrukcji poprzez wrogich świadków, późniejszych historyków i współczesne badania naukowe. W przypadku shinobi mamy podręczniki i japońskie opisy archiwalne, ale wiele z głównych tekstów zostało napisanych po szczycie działań wojennych, które wytworzyły praktyki, które skodyfikowały. Jedna tradycja jest w połowie pogrzebana pod wrogimi pismami. Druga jest w połowie pogrzebana pod teatrem i późniejszą popularną fantastyką. W obu przypadkach historyk musi usunąć śmieci, zanim znajdzie kości. To nie jest efektowna praca. To bardziej jak sprzątanie pola bitwy pęsetą, podczas gdy ktoś w pobliżu upiera się, że widział smoka.
Więc kiedy wymieniam źródła, robię to celowo. Po stronie nizaryckiej, sięgam do „Historii zdobywcy świata” ʿAta-Malika Dżuwajniego, „Historii czynów dokonanych za morzem” Wilhelma z Tyru, „Zakonu Asasynów” Marshalla Hodgsona, „Ismaʿilitów” i „Legend Asasynów” Farhada Daftary’ego, pracy Shafique’a Viraniego na temat trwałości mitów o Asasynach, ostrożnej dyskusji Davida Cooka na temat tego, czy Nizarytów można porównać do wczesnego terroryzmu, oraz odpowiednich wpisów w Encyclopaedia Iranica dotyczących historii ismailitów, Raszida al-Dina Sinana i zaginionego Sargozasht-e Sayyednā. Po stronie shinobi, sięgam do Bansenshūkai, Shōninki, Ninpiden, Gunpō jiyōshū, materiałów Biblioteki Narodowej Japonii na temat ninja w historii i fikcji oraz pracy Międzynarodowego Centrum Badań nad Ninja Uniwersytetu Mie. Nie interesuje mnie udawanie, że wszystkie źródła są równe. Nie są. Niektóre są pierwotne, ale wrogie. Niektóre są późniejsze, ale technicznie bogate. Niektóre są nowoczesne i korygujące. Niektóre są użyteczne właśnie dlatego, że pokazują, jak budowano mity. Historia to mniej pojedyncze okno, a bardziej pokój pełen popękanych luster. Człowiek uczy się, jak ustawić światło.
Istnieje również kwestia moralna i myślę, że ma ona znaczenie. Obie tradycje były splecione z przemocą i oszustwem, i odmawiam ich wybielania. Nizaryci zabijali. Shinobi oszukiwali, infiltrowali, sabotowali i, gdy było to konieczne, używali niebezpiecznych metod. Ale żadna z tych tradycji nie powinna być sprowadzana do nikczemności dla wygody prostych umysłów. Nizaryci byli mniejszościową wspólnotą religijno-polityczną, przetrwałą wśród silniejszych, wrogich potęg. Shinobi byli tajnymi specjalistami w japońskim świecie, gdzie watażkowie, zamki i zmieniające się lojalności sprawiały, że informacja była kwestią życia i śmierci. Jeśli oceniamy ich tylko przez pryzmat współczesnego komfortu, nie uczymy się niczego poza tym, jak wygodne są nasze fotele. Jeśli całkowicie ich romantyzujemy, nie uczymy się niczego poza tym, jak łatwo cienie nam schlebiają. Lepsza pozycja jest trudniejsza: mogę uznać przemoc, nie sprowadzając ludzi do potworów, i mogę podziwiać inteligencję, nie udając, że metody były niewinne.
Właśnie w tym miejscu porównanie staje się dla mnie naprawdę użyteczne. Nie dlatego, że uważam, że Hashashin i shinobi byli ze sobą połączeni, ale dlatego, że porównywanie ich zmusza mnie do zadania pytania, co się dzieje, gdy społeczeństwa tworzą zdyscyplinowane formy ukrytej władzy. Jaki język etyczny kształtuje się wokół tajemnicy? Jaki rodzaj osoby jest obdarzany zaufaniem w kwestii oszustwa? Co oznacza lojalność, gdy działanie musi pozostać niewidoczne? Jak strach staje się strategią? Jak rosną mity, gdy osoby z zewnątrz nie potrafią zrozumieć, na co patrzą? Te pytania są ciekawsze niż pytanie, czy perski fidaʾi w jakiś sposób wysłał notatkę do Iga. Bez urazy dla wyimaginowanej notatki. Jestem pewien, że byłaby napisana pięknym pismem.
Uważam też za dość zabawne, że współcześni ludzie zachowują się, jakby tajna strategia należała do przeszłości, jakby technologia sprawiła, że stare zasady stały się nieistotne. Narzędzia się zmieniają. Oczywiście, że tak. Satelita to nie zwiadowca na wzgórzu. Dron to nie przebrany posłaniec. Szyfrowana komunikacja to nie kolorowy ryż rozsypany wzdłuż trasy. Ale podstawowe pytania pozostają uparcie żywe. Jak dowiedzieć się, co wróg ukrywa? Jak poruszać się, nie zwracając na siebie uwagi? Jak wpływać na percepcję? Jak sprawić, by silniejsza potęga marnowała swoją siłę? Jak przetrwać, gdy otwarta konfrontacja byłaby samobójstwem? Jak zamienić czas, teren i psychologię w siłę? Te pytania są starożytne, ponieważ ludzie są starożytni we wszystkich najgorszych i najbardziej fascynujących aspektach. Ulepszamy zabawki. Nie ulepszamy ludzkiej kondycji tak efektywnie.
Nizaryci rozumieli symboliczną precyzję. Shinobi rozumieli praktyczną inteligencję. Obie grupy rozumiały, że władza nie zawsze jest głośna. To może być najgłębsza wspólna lekcja, choć nie wspólne pochodzenie. Władza może siedzieć w twierdzy. Władza może poruszać się poprzez plotki. Władza może ukrywać się w cierpliwości. Władza może nosić ubranie kupca, grzecznie wejść do domu, zapamiętać układ i sprawić, że wszyscy pomyślą, że nic się nie stało. Władza może zasiać strach w umyśle władcy, który nagle zdaje sobie sprawę, że mury nie chronią wyobraźni. Dlatego te tradycje wciąż niepokoją ludzi. Obnażają próżność oczywistej władzy. Przypominają nam, że tron nigdy nie jest tak bezpieczny, jak się wydaje. Wesoła myśl na śniadanie.
I być może dlatego zarówno Hashashini, jak i shinobi stali się legendami. Zawstydzają konwencjonalną władzę. Sugerują, że osoba poza światłem reflektorów może być ważniejsza niż osoba pozująca w jego blasku. Sugerują, że inteligencja może pokonać siłę, że cierpliwość może upokorzyć arogancję, że to, co niewidzialne, może kształtować to, co widzialne. Oczywiście ludzie zamienili ich w potwory i magów. Tak społeczeństwa często postępują z formami władzy, których nie potrafią wygodnie wyjaśnić. Jeśli nie mogą jej kontrolować, mitologizują ją. Jeśli nie mogą jej zrozumieć, moralizują ją. Jeśli nie mogą jej sprzedać, dajcie im chwilę.
Więc, aby właściwie odpowiedzieć na pierwotne pytanie: tak, widzę podobieństwa między Nizarytami Ismaelitami, często nazywanymi Hashashinami, a japońskimi shinobi. Widzę wspólną logikę ukrywania się, inteligencji, oszustwa, cierpliwości, selektywnej presji i asymetrycznego przetrwania. Rozumiem, dlaczego to porównanie kusi ludzi. Ale widzę też wyraźną różnicę. Nizaryci pojawili się pierwsi w pewnych zapisach historycznych. Należeli do kierowanej przez imama ismailickiej wspólnoty religijno-politycznej z sieciami fortec i doktryną. Shinobi pojawiają się później jako japońscy specjaliści od tajnych operacji, związani z lokalnymi kulturami wojowników, służbą wojskową, tradycjami Iga i Kōka, a później z kodyfikacją z okresu Edo. Nie znajduję dowodów na to, że te dwie tradycje spotkały się, zapożyczały od siebie, czy należały do wspólnego rodu. To, co znajduję, jest ciekawsze niż tajne przekazywanie: znajduję dwa światy, bardzo odległe od siebie, które niezależnie odkryły, że gdy przetrwanie staje się trudne, inteligencja staje się bronią, ukrywanie się staje się pancerzem, a reputacja staje się ostrzem.
I będę szczery, raczej podoba mi się ten wniosek. Jest mniej efektowny niż fantazja o ukrytym globalnym braterstwie średniowiecznych pracowników cienia, ale jest solidniejszy. Nie potrzebuje kadzidła. Nie potrzebuje tablicy spiskowej z czerwoną nitką. Potrzebuje tylko, abyśmy szanowali źródła, tolerowali złożoność i przestali oczekiwać, że historia będzie zachowywać się jak zwiastun z dramatycznymi bębnami. Prawda jest ostrzejsza. Nizaryci i shinobi nie byli tacy sami. Nie byli bliźniakami. Nie byli tajnymi współpracownikami na kontynentach. Były to różne odpowiedzi na stary ludzki problem: jak bezbronni przetrwają potężnych, jak cisi zaniepokoją głośnych i jak strategia przetrwa, gdy narzędzia, imperia i kostiumy wokół niej się zmieniają?
To, dla mnie, jest prawdziwe porównanie. Nie „kto od kogo kopiował?”, ale „dlaczego pewne metody wciąż powracają wszędzie tam, gdzie władza się kruszy, a przetrwanie staje się sztuką?”. Odpowiedź jest niewygodna. Ponieważ świat zawsze nagradzał tych, którzy widzą jasno, zanim zaczną działać. Ponieważ otwarta siła nie jest jedyną siłą. Ponieważ ostrze nie zawsze jest najniebezpieczniejszą rzeczą w pomieszczeniu. Czasami najniebezpieczniejszą rzeczą jest informacja. Czasami jest to cierpliwość. Czasami jest to osoba, którą wszyscy niedocenili, ponieważ szukali potwora i nie zauważyli człowieka robiącego notatki.
Bardzo nieostrożnie z ich strony, naprawdę.