Wojowniczka, której nie policzono

Wiersz pożegnalny Nakano Takeko, odczytany jako wyzwanie, nie poddanie się

Jisei przywiązane do naginaty, zanim jego autorka weszła w ogień karabinowy. Nakano Takeko walczyła w kobiecej jednostce, której historia nigdy nie miała uznać, a jej wiersz pożegnalny, もののふの猛き心にくらぶれば, został złagodzony przez pokolenia uprzejmych tłumaczeń do formy przeprosin. Przeczytaj go ponownie, pozbawiony jedwabiu okrywającego stal, a przestanie brzmieć melancholijnie. Brzmi taktycznie: nie liczysz się ze mną, a jednak to ciało wciąż idzie.

Jest coś okrutnie poetyckiego w tym, jak Japonia podchodzi do śmierci. Nie do samej śmierci – śmierć jest zazwyczaj chaotyczna, głośna, upokarzająca, niewygodna i bardzo rzadko kinowa, chyba że ktoś w tle gra na shamisenie dla dramatycznego efektu – ale do momentu tuż przed nią. Ten wstrzymany oddech. To ostateczne skupienie myśli. Dziwny spokój, który czasem ogarnia człowieka, gdy uświadamia sobie, że droga się skończyła i pozostały mu tylko sekundy na decyzję, jakim duchem zamierza się stać. Tradycja ta nazywa się *jisei no ku* – „wiersz śmierci”, choć nawet to tłumaczenie wydaje się zbyt schludne jak na to, czym naprawdę jest. Pisali je samuraje. Pisali je mnisi. Nawet cesarze, bo najwyraźniej nawet absolutni władcy w końcu odkrywają, że śmiertelność ma fatalną obsługę klienta. Kilka linijek. Ostatnia strofa. Odmierzona rezygnacja ze świata, zanim cisza zaciśnie pięść na gardle.

Ale myślę, że ludzie źle rozumieją te wiersze, sprowadzając je do estetycznych relikwii oprawionych za muzealnym szkłem obok grzecznie tragicznych kwiatów wiśni. Nigdy nie chodziło tylko o piękno. Piękno było niemal przypadkowe. Prawdziwym sednem *jisei* była kontrola. Precyzja. Bunt. Zdolność do stanięcia na progu unicestwienia i wciąż powiedzenia: nie, ta część należy do mnie. Te słowa są moje. Jeśli zniknę, to ja decyduję o ostatecznym kształcie mojego głosu.

Ta idea głęboko zakorzeniona jest w japońskiej myśli – nietrwałość, świadomość, buddyjskie zrozumienie, że wszystko w końcu się rozpada, niezależnie od tego, czy to akceptujemy, czy nie. Wymaga obecności. Właściwie brutalnej obecności. Nie można napisać prawdziwego wiersza śmierci, targując się z rzeczywistością. Nie można tego zrobić, udając, że jutro jest gwarantowane. Napisanie go właściwie oznacza patrzenie prosto w ciemność bez mrugnięcia okiem, bez teatru, bez pocieszających kłamstewek o przeznaczeniu, sprawiedliwości czy kosmicznych systemach nagród. I szczerze mówiąc, większość ludzi nie potrafi tego zrobić. Większość ludzi ledwo potrafi odpowiedzieć na maile bez emocjonalnego załamania. Szczere stawienie czoła śmierci to zupełnie inna kategoria.

Japoński drzeworyt ukiyo-e z XIX wieku przedstawiający onna-bugeisha, kobietę wojowniczkę, walczącą długim ostrzem.
Onna-bugeisha w walce. Japoński drzeworyt ukiyo-e, XIX wiek, domena publiczna ze względu na wiek. Grafika z epoki ilustrująca kobietę wojowniczkę w bitwie, nie jest to portret samej Nakano Takeko.

Właśnie dlatego Nakano Takeko tak bardzo mnie fascynuje. Nie tylko dlatego, że walczyła. Historia jest pełna wojowników. Zwłaszcza mężczyźni wydają się być nieskończenie entuzjastyczni w dokumentowaniu każdej okazji, gdy uderzają się nawzajem kijami. Nie, to, co mnie porywa, to fakt, że napisała wiersz śmierci, mimo że istniała w systemie, który w ogóle nie był zaprojektowany, by uznać jej istnienie. To zmienia wszystko.

Nie była oficjalnie uznana za żołnierza. Jej jednostka istniała w tej niewygodnej szarej strefie, którą historia uwielbia tworzyć wokół kobiet, które stają się niewygodnie kompetentne w czasie wojny. Przydatne, gdy pojawiają się rozpaczliwe okoliczności. Zapomniane, gdy tylko dym opadnie. Żadne formalne uznanie wojskowe na nią nie czekało. Żadna wielka instytucjonalna żałoba. Żadne bezpieczne miejsce w annałach. Gdyby zginęła, machina poszłaby naprzód dokładnie tak, jak wcześniej. Brud. Krew. Cisza. Administracyjna obojętność w ceremonialnych szatach.

Chyba że najpierw coś po sobie zostawiła.

I zostawiła.

Jeden wiersz.

Nie dla ozdoby. Nie dla literackich oklasków. Z pewnością nie dla komfortu przyszłych akademików, ostrożnie poprawiających okulary, dyskutujących o „kobiecej symbolice wojennej” przy zielonej herbacie i funduszach konferencyjnych. Napisała go, ponieważ doskonale rozumiała, co historia robi z ludźmi takimi jak ona, gdy nikt nie utrwali ich głosu, zanim rozpocznie się wymazywanie.

A to, co po sobie zostawiła, jest niezwykłe właśnie dlatego, że odmawia łagodności.

Jej *jisei* brakuje delikatnego poddania się, którego ludzie oczekują od poezji śmierci. Żadnych dryfujących kwiatów. Żadnych eleganckich obrazów księżyca unoszących się nad spokojną wodą, podczas gdy ktoś pięknie umiera w poetyckim świetle księżyca. Prawdziwa śmierć i tak jest zazwyczaj mniej współpracująca. Wiersz Takeko jest ostry. Bezpośredni. Kontrolowany. Brzmi jak ktoś, kto zaciska uścisk na broni, zamiast ją puszczać. Co ma doskonały sens, biorąc pod uwagę, że dosłownie przywiązała wiersz do swojej *naginaty* przed wyruszeniem do bitwy. Szczerze mówiąc, jeśli sam ten obraz nie uderza kogoś prosto w kręgosłup, to nie wiem, co im powiedzieć.

To nigdy nie miało wygodnie pasować do wypolerowanego kanonu poezji samurajskiej. Zostało napisane, by przetrwać. By świadczyć. By zostawić bliznę.

To ma znaczenie.

Ponieważ wiersze takie jak ten są niebezpieczne dla systemów zbudowanych na selektywnej pamięci. To nie jest rodzaj wiersza, który instytucje lubią zbyt prominentnie eksponować. Nie schlebia władzy. Nie uspokaja nikogo. Odmawia posłuszeństwa w najbardziej kontrolowany i zdyscyplinowany sposób, jaki można sobie wyobrazić. I każda jego część – sformułowanie, struktura, dobór słów – opiera się ciszy, która czeka, by ją pochłonąć.

Więc nie mogę podejść do tego wiersza jak zdystansowany naukowiec udający emocjonalną neutralność, analizując historyczne próbki tkanek. To wydaje się nieuczciwe. Podchodzę do niego tak, jak podchodzi się do broni wydobytej z pola bitwy. Ostrożnie. Z szacunkiem. Świadom, że nadal tnie.

A zaczyna się tak.

Nie napisała go dla oklasków. Nie napisała go, by stał się inspirującą sztuką ścienną, udostępnianą przez osoby o imieniu Karen obok zdjęć jogi o wschodzie słońca. Napisała go, ponieważ śmierć się zbliżała i zamierzała, by jej słowa uderzyły mocniej niż kula, która ją ostatecznie zabiła.

もののふの 猛き心にくらぶれば 数にも入らぬ 我が身ながらも

Mononofu no Takeki kokoro ni kurabureba Kazu nimo iranu Wagami nagaramo

To jest prawdziwy wiersz. Nie romantyczna rekonstrukcja. Nie teatralna adaptacja wymyślona później przez ludzi uzależnionych od historycznych perfum i dramatycznej muzyki skrzypcowej. To są jej prawdziwe słowa. A kiedy przestaniesz filtrować je przez pokolenia nadmiernie uprzejmych tłumaczeń, stają się niemal przerażające w swojej klarowności.

Większość standardowych tłumaczeń oddaje to mniej więcej tak:

„W porównaniu z szeregami niezłomnych serc wojowników, nie mogę wejść w ich liczbę, mimo tego mojego ciała.”

I szczerze? Nienawidzę tego tłumaczenia.

Nie dlatego, że jest technicznie niedokładne w każdym sensie, ale dlatego, że przekształca jej głos w coś mniejszego. Łagodniejszego. Bardziej przepraszającego. Okrywa jedwabiem stal. Zamienia ostrze w notatkę z przeprosinami. Nagle brzmi nieśmiało. Żałobliwie. Jak ktoś, kto ze smutkiem akceptuje wykluczenie, zamiast kogoś, kto patrzy prosto na wykluczenie i mimo to idzie naprzód.

Ta różnica ma ogromne znaczenie.

Weźmy początkową frazę: *mononofu no*.

Ludzie swobodnie tłumaczą *mononofu* jako „wojownik”, ale to pozbawia słowo wagi w nim osadzonej. To nie jest ogólna terminologia pola bitwy. Przywołuje mityczną klasę samurajów – dziedzicznych wojowników, męskie dziedzictwo, sztandary, hierarchię, rodowód, oficjalne uznanie. Jest obciążone wiekami męskiej tożsamości wojskowej. Takeko wybiera to słowo celowo. Przywołuje ugruntowany porządek wojowników bezpośrednio, zanim ustawi się przeciwko niemu.

Już samo to jest prowokacyjne.

Potem następuje *takeki kokoro ni kurabureba*.

„W porównaniu z ich zaciętymi sercami.”

Zacięta. Nie szlachetna. Nie honorowa. Zacięta. Słowo *takeki* niesie w sobie żar. Przemoc. Intensywność. Przywołuje ducha zdolnego do bezwahania wbiec prosto w ogień karabinowy. I zwróć uwagę, czego tu nie robi. Nigdy wyraźnie nie mówi, że brakuje jej takiego serca. Ona po prostu tworzy porównanie. Oto oficjalnie uznani wojownicy z ich zaciętymi sercami. A oto ja.

Następnie wers, który detonuje cały wiersz:

Kazu nimo iranu.

„Nie jestem nawet zaliczana do ich grona.”

Nie „chciałabym do nich dołączyć.” Nie „nie spełniam wymogów.” Po prostu to druzgocące uświadomienie: nie jestem wliczona w tę liczbę.

Ten wers jest bezlitosny, ponieważ jest faktycznie prawdziwy.

Ona i kobiety walczące u jej boku nie były formalnie uznanym personelem wojskowym. Istniały poza oficjalnym spisem. Poza legitymacją instytucjonalną. Poza schludnymi ramami administracyjnymi, które preferuje historia. Gdyby zginęła, żaden właściwy rejestr nie uwzględniłby jej w pełni. Żaden czysty zapis wojskowy nie pomieściłby wygodnie jej poświęcenia. Rozumiała to doskonale.

A jednak poszła.

To właśnie tam ostatnie sformułowanie uderza najmocniej:

Wagami nagaramo.

„A jednak to moje ciało…”

Sformułowanie jest zdumiewająco powściągliwe. Żadnych dramatycznych wyjaśnień. Żadnego użalania się nad sobą. Żadnego płciowego błagania. Nie wspomina nawet wyraźnie o byciu kobietą. Ona po prostu odnosi się do tego ciała – mojego. Ciała nierozpoznanego. Ciała wykluczonego ze spisu. Ciała, którego historia nie wie, gdzie właściwie umieścić.

A jednak id

A kiedy czytam jej wiersz, nie tylko ją podziwiam. Słyszę ją. Słyszę kogoś, kto stoi na krawędzi zapomnienia i odpowiada ruchem zamiast poddaniem się. Kogoś, kto dostrzega, że rachuba ją wyklucza i decyduje, że rachuba ta nie ma już znaczenia.

Rozumiem ten instynkt.

Głęboko.

Nieważne, ile drzwi pozostaje zamkniętych. Nieważne, jak często kategorie nie potrafią mnie właściwie objąć. Nieważne, ile razy ktoś gdzieś nalega, żebym pozostała mniejsza, cichsza, łatwiejsza do sklasyfikowania, łatwiejsza do zignorowania –

I tak przychodzę.

I tak samo jej głos.