Bubishi

Oryginalny esej

Będę z wami szczery od samego początku: kiedy po raz pierwszy zagłębiłem się w Bubishi, korzystając z prac doktorskich z Okinawa Prefectural University of Arts, zapisów National Diet Library w Japonii, materiałów archiwalnych z Fujian i Fuzhou w Chinach oraz klasycznych odniesień medycznych zachowanych w japońskich kolekcjach instytucjonalnych, spodziewałem się typowych romantycznych bzdur, które krążą w zachodnich kręgach sztuk walki. Znacie ten typ. Mistyczne dotknięcia śmierci poprzez punkty ucisku, sekretna mądrość ninja i nieunikniony internetowy prorok, który uważa, że historia to wszystko, co brzmi najbardziej dramatycznie, podczas gdy on mruży oczy na niewyraźny skan i nazywa to przeznaczeniem.

To, co znalazłem zamiast tego, było znacznie ciekawsze, i naturalnie o wiele mniej wygodne dla ludzi, którzy wolą swoją historię sztuk walki podaną z kadzidłem, mgłą i absolutną pewnością siebie, niepopartą niczym tak wulgarnym jak dowody.

Pierwszą rzeczą, którą należy wydobyć na światło dzienne, jest to, że Bubishi zachowane w tradycji okinawskiego karate nie jest tym samym dziełem co ogromna encyklopedia wojskowa dynastii Ming Mao Yuanyi, słynne Wubeizhi. Wspólny element tytułu wprowadził w błąd wielu ludzi, i najwyraźniej to wystarczyło niektórym, by pogrążyć się w gorączkowym śnie o wielkiej ciągłości militarnej. Ale badania okinawskie nie potwierdzają tej fantazji. Opisują one odrębne, znacznie krótsze, ręcznie pisane kompendium, a nie kolosalną encyklopedię wojskową na poziomie państwowym. Mamy do czynienia z czymś około dziesięciu tysięcy znaków, ułożonych w dwudziestu dziewięciu jednostkach, z siedemdziesięcioma dwoma ilustracjami. To nie jest drobny szczegół. To jest różnica między prywatnym, przekazywanym manuskryptem a monumentalnym, drukowanym kompendium wojskowym. Mylenie tych dwóch rzeczy to nie nauka. To lenistwo w jedwabnej szacie.

A ta mniejsza skala ma znaczenie, ponieważ od razu mówi mi, z jakim rodzajem obiektu mam do czynienia. Nie z cesarskim arcydziełem spadłym z lakierowanej chmury, ale z kompaktowym, roboczym tekstem. Manuskryptem kopiowanym, przekazywanym, używanym, dostosowywanym i zachowywanym przez linie przekazu. Czymś praktycznym. Czymś używanym. Czymś, co żyło w rękach, a nie na piedestale. Materiał okinawski opisuje to jako shishi sōden, przekaz mistrz-uczeń, i to samo w sobie jest już bardziej odkrywcze niż połowa mistycznych bzdur napisanych na ten temat na Zachodzie. Tekst, który przetrwa w ten sposób, nie pozostaje zamrożony. Podróżuje przez pamięć, kopiowanie, błędy, pominięcia, przestawienia, akcenty. Oddycha przez ludzi. Co oznacza również, że staje się nieuporządkowany, a historia, w przeciwieństwie do folkloru dojo, jest zazwyczaj wystarczająco nieuporządkowana, by warto było ją czytać.

Dokładnie to pokazuje tradycja manuskryptów. Badania z Okinawy nie przedstawiają jednego doskonałego, pochodzącego z nieba Bubishi. Wskazują na cztery główne linie manuskryptów: linię Tensonbyō, linię Matsumura Sōkon, linię Itosu Ankō i linię Go Kenki. Nawet sam ten fakt powinien zamknąć drzwi każdemu, kto udaje, że istnieje jedna czysta, nienaruszona, ostateczna wersja, czekająca gdzieś na potwierdzenie ich ulubionego mitu. Istnieją rodziny tekstów. Istnieją różnice w kopiowaniu. Istnieją pominięcia. Istnieją zmiany strukturalne w późniejszych formach drukowanych. Innymi słowy, to jest kultura manuskryptów, a nie pismo święte.

A potem sama treść zaczyna sprawiać problemy ludziom, którzy chcą, aby Bubishi zachowywało się jak mały, brutalny grymuar. Ponieważ ogromna jego część wcale nie dotyczy kinowego zabijania. Badania okinawskie bardzo jasno wskazują, że tekst łączy chiński materiał sztuk walki, zwłaszcza z kontekstów Fujian White Crane, z obsz

Przez całą tę historię przewija się też pysznie niewygodny wątek religijny i kulturowy, ponieważ gdy tylko pojawia się postać 九天風火院三田都元帥, Bubishi przestaje wyglądać jak zwykły notatnik walki i zaczyna pachnieć znacznie szerszym światem rytualnym Fujianu. Okinawskie badania identyfikują tę postać jako taoistyczną lub ludowo-religijną, cieszącą się szczególnym szacunkiem w Fujianie i na Tajwanie. Materiały archiwalne z Fuzhou dodają coś jeszcze bardziej odkrywczego: w Fuzhou postać ta funkcjonowała jako bóstwo opiekuńcze teatru i rytuału, xishen, bóg sceny, uhonorowany tytułem 会楽宗師. To jest cudowne, ponieważ burzy uproszczone kategorie. Ludzie sztuk walki uwielbiają udawać, że kultura walki istnieje w szczelnie zamkniętej skrzynce, oddzielona od przedstawień, religii, rytuałów, medycyny i lokalnych praktyk kultowych. Historia, jak zwykle, odmawia współpracy. W południowych Chinach te światy się przenikały. Teatr, rytuał, umiejętności cielesne, tradycje performatywne i praktyki walki nie znajdowały się w oddzielnych, małych, nowoczesnych działach z uprzejmymi etykietami. Mieszały się jak plotki na rodzinnym pogrzebie.

Wkład archiwalny z Fuzhou czyni tę historię jeszcze bardziej intrygującą, zauważając, że kult Tian Yuanshuai rozprzestrzenił się do Nagasaki i Azji Południowo-Wschodniej co najmniej do XVIII wieku. To jest właśnie ten rodzaj szczegółu, który powinien sprawić, że każdy poważny czytelnik usiądzie prosto. Ponieważ nagle nie mamy już do czynienia z Bubishi jako szczelnie zamkniętą okinawską skrzynką z tajemnicami. Mamy do czynienia z transregionalnym przepływem kulturowym: Fujian, Fuzhou, Tajwan, Nagasaki, Ryukyu, Azja Południowo-Wschodnia. Bogowie podróżują. Rytuały podróżują. Manuskrypty podróżują. Techniki podróżują. Słowa podróżują. I za każdym razem, gdy podróżują, trochę się zmieniają. Tak zachowuje się kultura, gdy w grę wchodzą prawdziwi ludzie, a nie fan fiction o sztukach walki.

Związek z Białym Żurawiem to kolejny punkt, w którym dowody są silniejsze niż mity, ale także bardziej zniuansowane. Chińskie oficjalne źródła dziedzictwa z Yongchun uznają Yongchun White Crane w ramach chronionych ram kulturowych, a lokalne materiały rządowe zachowują znaną narrację o pochodzeniu związaną z Fang Qiniang. Nie jestem na tyle naiwny, by mylić narracje dziedzictwa z doskonałym dowodem historycznym, ale też nie jestem na tyle głupi, by ignorować to, co ujawniają. Umieszczają Białego Żurawia mocno w odpowiedniej tradycji regionalnej. Okinawska rozprawa doktorska następnie zauważa, że w kontekstach Białego Żurawia z Fujianu istnieją nazwy form odpowiadające okinawskim formom karate. To nie to samo, co stwierdzenie, że każda kata została po prostu skopiowana w całości z jednego chińskiego źródła. Potwierdza to jednak, że mamy do czynienia z nakładającymi się słownikami, wspólnym terenem pojęciowym i poważnym uwikłaniem historycznym. Co jest znacznie bardziej wiarygodne niż stare, wyświechtane bzdury, w których karate w jakiś sposób wyrosło z ziemi w pełni ubrane i filozoficznie kompletne.

Jedną z najważniejszych rzeczy, które z tego wszystkiego wyniosłem, jest to, że Bubishi wydaje się być bardziej widocznie rozpowszechnione na Okinawie około 1930 roku, dokładnie w okresie, gdy samo karate przechodziło konsolidację instytucjonalną i modernizację. Szkoły, stowarzyszenia, systemy nazewnictwa, publiczne demonstracje, formalizacja. Ten moment ma znaczenie. Nie dlatego, że dowodzi prostej historii pochodzenia, ale dlatego, że pokazuje Bubishi wyłaniające się ze szczególną siłą w momencie, gdy karate stawało się bardziej samoświadome, bardziej zorganizowane, bardziej chętne do zdefiniowania siebie. To czyni tekst nie tylko reliktem starszej wiedzy, ale także częścią nowoczesnej reinterpretacji karate. Podręcznik może być stary w treści i nowy w znaczeniu jednocześnie. Historia jest taka niegrzeczna. Odmawia wyboru jednej ścieżki.

Publikacja Mabuni Kenwa z 1934 roku nie jest zatem tylko bibliograficznym przypisem dla obsesjonatów, którzy lubią katalogi bardziej niż światło słoneczne. To jest twarda kotwica. Mówi mi to, że do 1934 roku tekst oznaczony jako Bubishi był na tyle obecny w japońskiej kulturze druku karate, by zostać wyraźnie dołączonym jako załącznik. To nie rozwiązuje wszystkich pytań o pochodzenie, ale wyciąga dyskusję z mgły i przypina przynajmniej jedną datę mocno do tablicy. A ja raczej lubię twarde kotwice, ponieważ historia sztuk walki została opanowana przez ludzi, którzy traktują daty jako opcjonalne akcesoria.

Jednocześnie badania są szczere co do tego, co pozostaje nierozwiązane. Trasa sprzed 1930 roku, którą ten materiał przemieszczał się z południowych Chin na Okinawę, nie jest w pełni udokumentowana w czystym łańcuchu archiwalnym. Dokładne autorstwo nie jest ustalone. Precyzyjna tożsamość każdego przodka manuskryptu nie jest ustalona. Część terminologii się różni. Nawet nazewnictwo samego tekstu zmienia się w zależności od kontekstu: Bubishi, Okinawa-den Bubishi, a w materiałach związanych z Fuzhou odniesienia takie jak Youhe Quanlun lub „ryukyuńskie Bubishi”. Niektórzy widzą tę zmienność i panikują, jakby niepewność była skandaliczna. Ja to widzę i myślę: tak, oczywiście. Tak właśnie wygląda prawdziwa transmisja. Teksty przemieszczające się przez języki, regiony, linie rodowe i wspólnoty interpretacyjne nie pozostają nieskazitelne. Zbierają aliasy jak przemytnik.

Więc gdzie to mnie zostawia? Z pewnością nie w krainie mistycznej pewności, dzięki Bogu. Zostawia mnie z czymś znacznie lepszym. Ręcznie pisaną okinawską tradycją manuskryptów sztuk walki, prawdopodobnie czerpiącą obficie z wiedzy bojowej Fujianu, zwłaszcza z kontekstów związanych z Białym Żurawiem, przeplataną materiałem medycznym i farmakologicznym, przekazywaną poprzez transmisję mistrz-uczeń, widoczną w wielu liniach tekstowych, zakotwiczoną w japońskich dowodach bibliograficznych do 1934 roku i uwikłaną w szerszy świat rytualny i kulturowy rozciągający się przez Fujian, Fuzhou, Tajwan, Nagasaki i dalej. To nie jest schludna bajka. To jest historyczny organizm.

I szczerze mówiąc, dlatego Bubishi tak mnie fascynuje. Nie dlatego, że obiecuje fantastyczne supermoce znudzonym mężczyznom w czarnych piżamach, ale dlatego, że ujawnia, jak żenująco wzajemnie powiązana była wiedza o sztukach walki. Walka nie była odizolowana od medycyny. Medycyna nie była odizolowana od diagramów. Diagramy nie były odizolowane od wyobraźni religijnej. Wyobraźnia religijna nie była odizolowana od kultury performatywnej. I nic z tego nie było odizolowane od handlu, migracji, kopiowania, pamięci, reinterpretacji i oportunistycznego nawyku, jaki ludzie zawsze mieli, by pożyczać to, co działa.

Więc nie, nie postrzegam Bubishi jako jakiejś świętej relikwii, która dowodzi każdej romantycznej historii, jaką ludzie karate lubią opowiadać o sobie. Postrzegam ją jako coś bardziej upartego i bardziej ludzkiego: zwartą, przekazywaną tradycję manuskryptów, która przetrwała, ponieważ ludzie uznali ją za wystarczająco użyteczną, by ją kopiować, zachowywać, reinterpretować i przekazywać dalej. Jest niedoskonała, warstwowa, częściowo zaciemniona i historycznie żywa. Co, szczerze mówiąc, jest znacznie bardziej imponujące niż zwykłe bzdury o sztukach walki. Fantazja jest łatwa. Transmisja jest trudna. Mit jest tani. Manuskrypty są niezręczne, niespójne i wspaniałe.

I być może na tym właśnie polega prawdziwy urok Bubishi. Nie schlebia nam łatwą pewnością. Nie mieści się posłusznie w jednej narodowej szufladce. Nie oferuje jednego, klarownego autora, schludnego pochodzenia ani zadowolonego z siebie, małego zakończenia. Zmusza mnie do zaakceptowania, że karate kształtowało się nie przez czystość, lecz przez kontakt. Nie przez izolację, lecz przez wymianę. Nie przez jedno święte źródło, lecz przez niewygodny, płodny chaos ludzi, portów, dokumentów, ciał, wierzeń i zapożyczonej wiedzy, przemieszczającej się przez wodę.

Co jest znacznie lepszą historią niż magiczne palce i internetowa mitologia, nawet jeśli jest mniej użyteczne do sprzedawania bzdur naiwnym mężczyznom z zbyt wieloma certyfikatami na ścianie.