Niektórzy z Was pytali mnie o Gōjū-ryū, a ponieważ idealnie wpisuje się to w szersze rozmowy o historii sztuk walki, w które wciągam nas wszystkich – zazwyczaj z o wiele zbyt dużym entuzjazmem i zdecydowanie zbyt małą litością – pomyślałem, że w końcu napiszę o tym jak należy. Nie jako jeden z tych zgrabnych, krótkich postów podsumowujących, które spłaszczają wszystko do trzech dat, dwóch nazwisk i przetworzonego cytatu o równowadze, nad którym ludzie kiwają głowami bez zastanowienia. Mam na myśli naprawdę jak należy. Bo w momencie, gdy zacząłem zagłębiać się w faktyczną historię, zwłaszcza poprzez materiały azjatyckie oraz japońskie i okinawskie jej ujęcie, przypomniało mi się coś, co ciągle powtarzam, a ludzie ciągle ignorują, bo romans jest łatwiejszy do przełknięcia niż rzeczywistość. Prawdziwa historia sztuk walki rzadko bywa czysta. Jest wielowarstwowa, sporna, ludzka, miejscami niedokończona, a czasem irytująco niejasna tam, gdzie najbardziej chciałoby się, żeby była krystalicznie przejrzysta. Co, naturalnie, czyni ją o wiele bardziej interesującą.
Gōjū-ryū nie spadło z nieba kompletne z tytułem, logo i rzędem poważnych mężczyzn czekających, by ogłosić wszystkim, że linia przekazu jest czysta i nietknięta brudem historii. Ta fantazja jest urocza na plakaty, ale okropna dla badań. Zamiast tego znalazłem to, co zazwyczaj znajduję, gdy coś jest prawdziwe – wymianę, adaptację, podróże, wpływy, reformy i późniejsze pokolenia bardzo starające się, by ten bałagan wyglądał elegancko. Czasem im się udaje. Czasem naprawdę nie. W przypadku Gōjū-ryū, faktyczny rozwój stylu ma swoje korzenie w Naha-te, i to ma większe znaczenie niż całe to dopracowane tworzenie mitów, które nadeszło później. Naha-te nie było jakimś odizolowanym klejnotem unoszącym się poza czasem. Okinawa była połączona z Chinami, zwłaszcza poprzez Naha jako port, i każde poważne spojrzenie na tamtejsze tradycje sztuk walki musi zacząć się od tej niewygodnej, ale oczywistej prawdy – niewygodnej, to znaczy, tylko dla ludzi, którzy rozpaczliwie potrzebują, by ich styl był czysty, aby czuć się wyjątkowo.
Nigdy nie rozumiałem tej obsesji, szczerze mówiąc. Dlaczego wpływ miałby umniejszać wartość tradycji? Dlaczego kontakt miałby sprawić, że coś staje się mniej wartościowe? Wręcz przeciwnie. Fakt, że Naha-te rozwijało się w świecie kształtowanym przez wymianę, jest jednym z powodów, dla których ma to znaczenie. Mówi mi to, że mam do czynienia ze sztuką, która została wykuta w kontakcie z rzeczywistością, a nie zachowana w fantazyjnej gablocie. I z tego środowiska Naha-te, jedna postać wyróżnia się absolutną wagą historyczną – Higaonna Kanryō. Nie jest on jakimś opcjonalnym bohaterem drugoplanowym w tej historii. Jest jednym z głównych filarów. Urodzony w 1853 roku w Naha, później podróżował do Fujian w Chinach, tam trenował i wrócił na Okinawę około późnych lat 70. XIX wieku. Ten ogólny zarys jest dobrze ugruntowany. Gdzie sprawy stają się bardziej delikatne – bo historia lubi wystawiać naszą cierpliwość na próbę – to w precyzyjnych szczegółach. Dokładnie pod czyim okiem trenował, dokładnie które nurty chińskiego boksu ukształtowały go najbardziej bezpośrednio, ile pochodziło z Białego Żurawia (White Crane), ile z innych południowochińskich systemów, ile zostało zachowane bez zmian, ile zostało zaadaptowane – to wszystko jest trudniejsze do ustalenia z tą zarozumiałą pewnością, którą ludzie tak chętnie prezentują online.
I to jest właśnie ten moment, w którym przestaję ufać każdemu, kto brzmi zbyt pewnie siebie.
Odpowiedzialnie rzecz ujmując, Higaonna wyraźnie wchłonął znaczące chińskie wpływy podczas swojego pobytu w Fujian i później połączył je ze starszą, lokalną praktyką okinawską w sposób, który pomógł ustanowić podstawy tego, co stało się nowoczesnym Naha-te. To nie jest drobny szczegół. To kręgosłup całej późniejszej historii. Źródła opisują go jako twórcę podstaw Naha-te, łączącego to, czego nauczył się w Fujian, ze starymi tradycjami Naha już obecnymi na Okinawie. Jego sztuka była uważana za wyrafinowaną, wyszukaną, bogatą technicznie, a jego uczniowie nazywali ją Naha-te. Ma to znaczenie, ponieważ oznacza, że korzenie Gōjū-ryū nie są po prostu „okinawskim karate” w ten niejasny sposób, w jaki ludzie lubią to mówić, gdy nie odrobili pracy domowej. Korzenie są konkretnie związane z tą tradycją Naha i z chińskim kontaktem w niej osadzonym.
Jest też coś uderzającego dla mnie w roli Higaonny w uczynieniu tej sztuki bardziej widoczną. Nie trzymał jej na stałe zamkniętej za jakąś teatralną kurtyną tajemnicy. Do 1905 roku nauczał w środowisku szkolnym, co jest historycznie znaczące, ponieważ gdy tradycja sztuk walki wkracza w zorganizowaną edukację, coś się zmienia. Musi się zmienić. Metody stają się usystematyzowane. Przekaz staje się bardziej ustrukturyzowany. To, co było kiedyś osobiste i selektywne, zaczyna być przekształcane dla szerszego nauczania. Niektórzy tradycjonaliści słyszą to i zaczynają opłakiwać śmierć autentyczności, jakby sama cywilizacja waliła się pod ciężarem właściwego planowania lekcji. Ja słyszę to i myślę: tak, oczywiście, że się zmieniło. Ludzie dostosowują rzeczy do kontekstu. To nie jest zdrada. To jest historia.
Kiedy Higaonna zmarł w 1915 roku, pozostawił po sobie znaczną grupę uczniów, ale nie jakieś zgrabne, niekwestionowane następstwo, które oszczędziłoby przyszłym historykom wiele kłopotów. Byłoby to uprzejme z jego strony, gdyby tak zrobił, ale historia rzadko bywa uprzejma. Wśród jego uczniów, najważniejszym dla późniejszej tożsamości Gōjū-ryū był Miyagi Chōjun, urodzony w 1888 roku. I tu znowu prawdziwa historia wydaje mi się o wiele bardziej porywająca niż ta uproszczona. Miyagi nie tylko odziedziczył styl w zamrożonej formie i zachował go pod szkłem. On go zorganizował. Ukształtował. Usystematyzował kata. Wprowadził go w bardziej nowoczesną strukturę budō. Nadał mu nazwę. A raczej – i tu pojawia się historycznie irytująca, ale konieczna część – wydaje się, że nadał mu nazwę w procesie, którego dokładna data nie jest całkowicie wolna od sporów.
Wiem. Jakże to strasznie niewygodne. Można by pomyśleć, że założyciele głównych tradycji sztuk walki mogliby przynajmniej mieć przyzwoitość zostawić nam czystą dokumentację. A jednak jesteśmy tu, gdzie jesteśmy.
Powszechnie powtarzana wersja umieszcza nadanie nazwy około roku 1930, wiążąc je z pokazem w świątyni Meiji w Tokio. Historia głosi, że jeden z uczniów Miyagiego został zapytany, jaki styl praktykuje, i nie potrafił odpowiedzieć, ponieważ styl nie miał jeszcze formalnej nazwy. Miyagi wybrał wówczas nazwę Gōjū-ryū, czerpiąc z koncepcji twardości i miękkości – go i ju – z klasycznego sformułowania związanego z tradycją Bubishi. To dobra historia. To także jedna z tych historii, których odmawiam przyjęcia w całości bez sprawdzenia, co mówią inne źródła. I rzeczywiście, niektóre źródła wskazują, że choć nazwa mogła pojawić się około 1930 roku, to pierwsze oficjalne użycie jest lepiej udokumentowane w 1935 roku. To nie niszczy tej historii. Oznacza to po prostu, że historia nie jest tak schludna, jak ludzie by sobie życzyli. Co jest czymś innym.
I szczerze mówiąc, ta różnica ma dla mnie znaczenie.
Ponieważ zbyt wiele dyskusji o sztukach walki traktuje niepewność jak słabość. To nie jest słabość. To jest uczciwość. Jeśli dowody wskazują na proces nadawania nazwy z początku lat 30. XX wieku, z latami 1930 i 1935 pojawiającymi się w poważnych opracowaniach z nieco innych powodów, to właśnie to mówię. Nie muszę zamieniać dwuznaczności w pewność tylko po to, by wpis wydawał się bardziej dramatyczny. Prawdziwa historia jest wystarczająco dramatyczna. Wkład Miyagiego pozostaje ogromny tak czy inaczej. Wziął dziedzictwo Naha-te Higaonny i przekształcił je w coś bardziej celowo zorganizowanego i publicznie zdefiniowanego. Ustrukturyzował kata i trening zgodnie z zasadami, które sprawiły, że styl stał się rozpoznawalny w nowoczesnej formie. To nie jest przypis. To jeden z decydujących aktów w historii karate.
Dwa kata stoją w centrum tej tożsamości – Sanchin i Tenshō. I szczerze mówiąc, myślę, że zbyt wiele osób powtarza te nazwy z niemal ceremonialną ogólnikowością, jakby samo ich wypowiedzenie było równoznaczne ze zrozumieniem, dlaczego są ważne. Tak nie jest. Sanchin to nie tylko „to kata z ciężkim oddechem, o którym wszyscy wspominają, bo brzmi imponująco”. Reprezentuje ono podstawową logikę struktury ciała, oddychania, postawy, kontroli, napięcia, zakorzenienia i wewnętrznej dyscypliny, która definiuje styl na bardzo głębokim poziomie. Tenshō, dla kontrastu, wyraża łagodniejszą, bardziej płynną stronę – ruch okrężny, ciągłość, miękkość bez słabości, kontrolę bez sztywności. Razem ucieleśniają samą zasadę zawartą w nazwie. Twardość i miękkość. Nie w dekoracyjny, filozoficzny sposób na plakaty. W praktyczny, ucieleśniony, techniczny sposób.
To jest część tego, co sprawia, że Gōjū-ryū jest dla mnie fascynujące. Styl nie tylko nosi nazwę od napięcia – jest wokół niego zbudowany. Jest twarda struktura i miękki ruch. Jest siła i ustępowanie. Jest zakorzenione napięcie i okrężny przepływ. I w dziwny sposób historia stylu odzwierciedla ten sam charakter. Ma mocne kotwice – Higaonnę, Miyagiego, Naha-te, wpływy chińskie, powojenne instytucje – ale ma też łagodniejsze krawędzie, gdzie detale się zmieniają, zapisy stają się rzadkie, daty się zacierają, a tradycja ustna wypełnia luki. To wydaje się niemal zbyt pasujące, co z zasady czyni mnie nieco podejrzliwym, ale mimo to. Czasem historia ma poczucie humoru.
Istnieją również dowody sugerujące, że Miyagi zmodyfikował Sanchin, być może, aby uczynić je bardziej odpowiednim do nauczania w szkołach. Znowu, już widzę purystów z oburzeniem łapiących się za głowy na myśl, że czczona forma mogła zostać zmieniona. Ale szczerze, dlaczego to kogokolwiek szokuje? Oczywiście coś nauczanego w kontekście szkolnym może zostać zaadaptowane. Idea, że sztuka pozostaje znacząca tylko wtedy, gdy każda forma istnieje niezmieniona na zawsze, to jeden z tych absurdalnych małych mitów, które powtarzają adepci sztuk walki, bo brzmi to szlachetnie. W rzeczywistości systemy przetrwają właśnie dlatego, że mogą być przekazywane. Przekaz wiąże się z decyzjami. Decyzje wiążą się ze zmianą. Prawdziwe pytanie nie brzmi, czy nastąpiła zmiana. Prawdziwe pytanie brzmi, jaki rodzaj zmiany nastąpił, dlaczego nastąpił i które podstawowe zasady pozostały nienaruszone. To jest pytanie dla dorosłych. Krzyki o czystości to domena dzieci.
Gōjū-ryū jest również godne uwagi ze względu na to, jak wyraźnie nosi ślady chińskich wpływów w porównaniu z niektórymi innymi tradycjami Okinawy. Badania wskazują, że zachowuje ono elementy związane z zasadami wywodzącymi się z Białego Żurawia, które są mniej centralne w innych stylach Okinawy. To nie znaczy, że powinienem sprowadzać je do „chińskiego boksu z okinawską marką”, bo to byłoby tak głupie, jak udawanie, że chińskie wpływy w ogóle nie mają znaczenia. Chodzi właśnie o to, że stało się czymś odrębnym poprzez fuzję. Higaonna nie importował zapieczętowanej skrzyni z napisem „kompletny styl – nie zmieniać”. To, co wyłoniło się na Okinawie, zostało tam ukształtowane. Następnie Miyagi ukształtował to dalej. Tradycje są tworzone przez ludzi, którzy coś robią z tym, co dziedziczą. Nie są muzealnymi skamielinami z pasami.
Po drugiej wojnie światowej historia zmienia się ponownie, ponieważ gdy styl zostaje zinstytucjonalizowany, wchodzi w inną fazę życia. W 1956 roku czołowi mistrzowie na Okinawie – w tym uczniowie z kręgu Miyagiego, tacy jak Yagi Meitoku – pomogli utworzyć Okinawa Karate-dō Renmei. Później stało się to All-Okinawa Karate-dō Renmei. Ma to znaczenie, ponieważ okres powojenny to czas, w którym zachowanie i formalizacja stają się szczególnie widoczne. Styl nie jest już tylko żywym dziedzictwem nauczyciela przekazywanym przez uczniów. Staje się częścią organizacji, federacji, struktur uznawania, systemów stopni, publicznych pokazów i – ponieważ ludzie są, jacy są – nieuniknionej polityki linii rodowej i legitymizacji. Można niemal usłyszeć, jak namnażają się dokumenty.
W tym samym czasie Gōjū-ryū zostało również zinstytucjonalizowane na japońskiej wyspie, gdzie grupy takie jak Gōjūkai kształtowały jego rozwój w różnych kierunkach. To tutaj sprawy stają się jeszcze ciekawsze, ponieważ ludzie uwielbiają mówić „Gōjū-ryū”, jakby to wszystko załatwiało, podczas gdy w rzeczywistości powojenna historia jest pełna gałęzi, systemów linii, różnic w treningu i odrębnych akcentów. Okinawskie linie, ściślej związane z tradycją Miyagiego, zachowują jedną teksturę. Meibukan, związane z Yagi Meitoku, wprowadza własny smak i dodatkowe kata. Japońskie gałęzie, takie jak Gōjūkai, prowadzą styl na nieco inne terytoria, często z bardziej sportowymi tendencjami i odmiennymi nawykami pedagogicznymi. To nie znaczy, że jedna strona jest prawdziwa, a druga fałszywa. Oznacza to, że tradycje ewoluują odmiennie pod wpływem różnych presji historycznych.
I to jest dokładnie ten moment, w którym leniwe rozmowy o autentyczności zaczynają mnie irytować.
Ponieważ ludzie często mówią tak, jakby musiała istnieć jedna idealna, zamrożona wersja, z której wszystko inne jest zepsuciem. Nie sądzę, by historia wspierała to dziecinne poczucie bezpieczeństwa. Historia natomiast wskazuje na rdzenny, odziedziczony szkielet, który rozgałęzia się na linie z wariacjami. Okinawan Gōjū często zachowuje silniejszy nacisk na bliski dystans, chwyty, praktyczną orientację samoobrony i starszy charakter treningu. Niektóre japońskie gałęzie rozwinęły się z większym naciskiem na publiczne nauczanie, środowiska rywalizacji i ustandaryzowane formy. To nie są trywialne różnice, ale też nie zacierają wspólnych korzeni. Po prostu pokazują, co dzieje się, gdy tradycja sztuk walki podróżuje, rozprzestrzenia się i jest zmuszona funkcjonować jednocześnie w więcej niż jednym świecie społecznym.
Co więcej, to właśnie sprawia, że Gōjū-ryū jest jeszcze bardziej interesujące do studiowania, ponieważ nie patrzę na coś martwego. Patrzę na sztukę, która musiała przetrwać, adaptując się, ale nie rozpuszczając się całkowicie. Jest w tym lekcja, nie tylko dla historii sztuk walki, ale dla niemal wszystkiego. Wszystko, co żywe, się zmienia. Sztuka polega na tym, by przy tym nie stać się bezkształtnym.
Źródła jasno wskazują również, że pod koniec XX wieku Gōjū-ryū zostało uznane za jeden z głównych filarów tradycyjnego okinawskiego karate. Kamień pamiątkowy z 1987 roku poświęcony Higaonnie i Miyagiemu w Naha symbolicznie mówi wiele o tym, jak traktowano tę linię przekazu – nie tylko jako lokalną metodę treningową, ale jako część dziedzictwa kulturowego Okinawy. To publiczne upamiętnienie jest ważne, choć zawsze podchodzę do takich rzeczy z lekkim uniesieniem brwi. Pomniki mówią nam tyle samo o tym, jak późniejsze pokolenia chcą przedstawiać historię, co o samych pierwotnych wydarzeniach. Zachowują pamięć, owszem, ale też ją kształtują. Co znowu jest bardzo ludzkie. Nie tylko pamiętamy. Kuratorujemy nasze wspomnienia.
I być może w tym wszystkim tkwi cicha ironia. Ludzie często mówią o sztukach walki, jakby były kruchymi antykami, które należy chronić przed skażeniem historii. Jakby wpływ, zmiana, adaptacja i kontakt w jakiś sposób je osłabiały.
Ale historia Gōjū-ryū sugeruje dokładnie coś przeciwnego.
Kształtowały ją podróże. Wymiana. Nauczyciele uczący się za granicą i przynoszący idee do domu. Uczniowie porządkujący to, co odziedziczyli, w coś jaśniejszego, silniejszego, bardziej ustrukturyzowanego. Instytucje, które później próbowały ją zachować, czasem niedoskonale, czasem uparcie, ale z prawdziwym szacunkiem dla tego, co było wcześniej.
Twarde i miękkie.
Nie tylko w technice.
W historii również.
Wystarczająco twarde, by zachować swoją tożsamość. Wystarczająco elastyczne, by przetrwać w otaczającym świecie.
I być może to jest najszczersza rzecz, jaką mogę powiedzieć o Gōjū-ryū po zagłębieniu się w źródła.
To nie jest starożytna magia zachowana w bursztynie.
To coś lepszego.
To tradycja sztuk walki, która żyła, podróżowała, zmieniała się, spierała sama ze sobą, adaptowała do nowych pokoleń i w jakiś sposób przez cały czas pozostawała rozpoznawalnie sobą.
Osobiście uważam to za znacznie bardziej imponujące niż jakakolwiek uporządkowana legenda.
A jeśli ta nieco nieuporządkowana rzeczywistość przeszkadza ludziom, którzy wolą swoje sztuki walki owinięte w mistyczną mgłę i idealne drzewa genealogiczne, obawiam się, że mam złe wieści.
Historia rzadko współpracuje z mitologią.
Na szczęście dla reszty z nas, zazwyczaj jest znacznie ciekawsza.