Zawsze miałem słabość do sztuk walki, które odmawiają łatwego zaszufladkowania w małych przegródkach, jakie ludzie lubią dla nich tworzyć. Znacie te przegródki. Tradycyjne. Nowoczesne. Japońskie. Okinawskie. Amerykańskie. Autentyczne. Mieszane. Stare. Nowe. Prawdziwe. Fałszywe. Czyste. Nieczyste. Zazwyczaj wypowiadane przez ludzi, którzy mieliby problem z przetrwaniem trzech minut uczciwego testu pod presją, nie odkrywając nagle głębokiego duchowego szacunku dla ucieczki.
Kokondo to jeden z tych systemów, które sprawiają, że te szufladki się chwieją.
I to mi się nawet podoba.
Ponieważ Kokondo nie jest jakąś starożytną japońską ryūha wyciągniętą z zakurzonego zwoju świątynnego i przekazywaną niezmienioną przy świecach, podczas gdy ktoś dramatycznie szepcze o sekretnych dotykach śmierci. Przepraszam, że psuję zwiastun filmowy. Nie jest to też po prostu „karate z odrobiną jujitsu przyklejoną z boku”, co jest leniwym wyjaśnieniem, którego ludzie używają, gdy nie chcą za bardzo myśleć. Kokondo jest czymś ciekawszym. To nowoczesny system samoobrony zbudowany z japońskiego i okinawskiego materiału sztuk walki, ukształtowany w Ameryce i zaprojektowany wokół raczej niemodnego pomysłu, że sztuki walki powinny faktycznie działać, gdy życie przestaje być uprzejme.
Już samo to sprawia, że jest to niezręczne.
Dobrze.
Sztuki walki powinny być trochę niezręczne. Nie w sensie złej pracy nóg czy kogoś krzyczącego „ki-ai” jak zraniony czajnik, ale niezręczne w tym sensie, że powinny zakłócać komfortowe założenia. Kokondo to robi, ponieważ stoi jedną nogą w tradycji, a drugą w praktycznej konieczności. Patrzy wstecz i w przód jednocześnie. Nawet nazwa niesie tę ideę – drogę przeszłości i teraźniejszości. Nie przeszłość zabalsamowana. Nie teraźniejszość udająca, że wszystko wymyśliła w zeszły wtorek. Przeszłość i teraźniejszość razem, kłócące się, zmagające się, korygujące się nawzajem.
To, moim zdaniem, czyni Kokondo wartym dyskusji.
Jego założyciel, Paul Arel, nie zaczął od efektownego mitu. Zaczął, według oficjalnej historii, jako młody człowiek, który doświadczył znęcania się i szukał sposobu, by nie być bezradnym. To ma znaczenie. Wiem, że ludzie uwielbiają heroiczne historie założycieli, gdzie każdy rodzi się już oświecony, już przerażający, już zdolny pokonać dwunastu mężczyzn jednym uniesieniem brwi. Rzeczywistość jest zazwyczaj mniej dopracowana. Ktoś zostaje zraniony. Ktoś zostaje upokorzony. Ktoś czuje się bezsilny. Potem wchodzi na matę i rozpoczyna bardzo długi proces stawania się trudniejszym do złamania.
Arel rozpoczął w 1950 roku w Fitchburgu, Massachusetts, studiując Sanzyu-ryu Jujitsu pod okiem japońskiego nauczyciela znanego w publicznych źródłach jako Sudo. To ważne, ponieważ korzeń szerszego świata Kokondo nie jest tak naprawdę najpierw karate. Jest nim jujitsu. To stara, niewygodna sprawa równowagi, dźwigni, blokad, rzutów, ucieczek i strasznego odkrycia, że ludzkie ciało ma zbyt wiele zawiasów, by czuć się komfortowo. Karate później staje się centralne, owszem, ale pierwszym ziarnem jest jujitsu.
Do 1959 roku Arel sformalizował Jukido Jujitsu. W 1970 roku, po wcześniejszych związkach z Isshin-ryu, San Kata i Kyokushin pod szerszym wpływem Mas Oyamy, stworzył Kokondo Karate. Mamy więc do czynienia z podwójnym systemem: Kokondo Karate i Jukido Jujitsu. Jeden system karate oparty na uderzeniach, kata, bez rywalizacji. Jeden system jujitsu zbudowany wokół rzutów, blokad, duszeń, uderzeń, ucieczek, pracy w parterze i praktycznych reakcji samoobrony. Dwie połówki, ale nie dwie obce sobie rzeczy.
Mówią do siebie.
I uważam to za fascynujące, ponieważ tak wiele współczesnych dyskusji o sztukach walki zostaje zainfekowanych plemienną głupotą. Karatecy drwią z grapplingu, dopóki ktoś nie położy ich na ziemi. Grapplerzy śmieją się z kata, dopóki ktoś nie zapozna ich z prawidłowo umieszczonym uderzeniem. Zawodnicy sportowi lekceważą tradycję, dopóki nie potrzebują zasady starszej niż ich ulubiony zestaw reguł. Tradycjonaliści lekceważą sport, dopóki nie odkryją, że presja ma sposób na obnażanie pięknych kłamstw. Każdy ma swoją flagę. Każdy ma swój obóz. Każdy jest bardzo pewny. Zazwyczaj ta pewność trwa do pierwszego dobrego ciosu w korpus.
Kokondo, przynajmniej w teorii, stara się unikać tego małego cyrku.
Nie przedstawia się jako system turniejowy. To jeden z jego punktów definiujących. Kokondo Karate jest wyraźnie niekonkurencyjne. Jego troską jest samoobrona, a nie medale, trofea czy zbieranie plastikowego sprzętu do ozdabiania ego. Oczywiście, nie ma nic złego w rywalizacji. Rywalizacja może wyostrzyć wyczucie czasu, presję, odwagę, wytrzymałość i użyteczną zdolność do pozostania funkcjonalnym, podczas gdy inna osoba próbuje zmienić twoje plany. Ale rywalizacja ma też zasady. Musi mieć zasady. Bez zasad staje się mniej sportem, a bardziej śledztwem kryminalnym.
Samoobrona żyje w bardziej chaotycznym świecie.
To właśnie tam Kokondo się umiejscawia. Nie na sterylnej arenie, ale w niewygodnej luce między tradycją a przemocą. Zachowuje kata, kihon, bunkai, dyscyplinę dojo, stopnie, etykietę i formalną strukturę. A jednak wciąż zadaje nieprzyjemne pytanie: co to oznacza, gdy ktoś faktycznie cię chwyta, atakuje, popycha, uderza lub próbuje cię obezwładnić?
To pytanie nie jest romantyczne.
Jest konieczne.
Kata w Kokondo nie jest traktowane jako dekoracyjna choreografia. Jest traktowane jako system przechowywania. Żywe archiwum. Skompresowany język ruchu. To tutaj tradycyjna strona staje się ważna. Zbyt wielu ludzi patrzy na kata i widzi tylko występ. Widzą kształty, pauzy, obroty, formalne linie. Pytają, dlaczego ktokolwiek miałby tak walczyć, co jest uczciwym pytaniem, jeśli nikt nigdy nie wyjaśnił im bunkai prawidłowo. Ale kata nigdy nie miało być teatrem ulicznym dla ludzi, którzy grzecznie klaszczą na koniec. To tekst ciała. Techniczny manuskrypt napisany w kątach, przeniesieniach ciężaru, uderzeniach, pułapkach, gardach, obrotach i ukrytych możliwościach.
Kokondo wydaje się traktować to poważnie.
Jego podejście do kata obejmuje bunkai – analizę i praktyczną interpretację ruchów – a nawet ideę himitsu, ukrytych lub sekretnych znaczeń w formach. Ilekroć ludzie słyszą o „ukrytych technikach”, albo stają się mistyczni w bardzo głupi sposób, albo cyniczni w równie głupi sposób. Jedna strona myśli, że każdy ruch ręki to tajna, starożytna metoda zabójstwa. Druga strona uważa, że wszystko, co nie jest od razu oczywiste, musi być nonsensem. Obie postawy są wyczerpujące. Gdzieś pośrodku leży bardziej użyteczna prawda: stare formy często zachowują zasady w przebranych, warstwowych lub skondensowanych sposobach, a te zasady wymagają inteligentnej nauki, pracy z partnerem i presji, aby stać się czymś więcej niż muzealnymi gestami.
Uderzenie w kata może nie być tylko uderzeniem. Blok może nie być tylko blokiem. Obrót może być ucieczką, rzutem, zmianą kąta, przełamaniem struktury przeciwnika. Przygotowana do uderzenia ręka może ciągnąć, kontrolować, unieruchamiać. Pozycja może być momentem przeniesienia ciężaru, a nie pozowaniem do kalendarza ściennego. I tak, czasem uderzenie jest po prostu uderzeniem, bo nie wszystko musi być zaginionym zwojem z Góry Dramatu.
Ale zasada ma znaczenie.
Język techniczny Kokondo silnie koncentruje się wokół Kuzushi, Jushin i Shorin-ji. To nie są tylko ładne słowa rzucone na wiatr, żeby wszystko brzmiało bardziej po japońsku. Przynajmniej nie powinny być. Kuzushi to przełamanie równowagi. Każdy, kto trenował judo, jujitsu, aikido lub poważne metody rzutów, wie, że bez kuzushi nie tyle rzucasz kogoś, ile negocjujesz z grawitacją i przegrywasz. Siła może przez jakiś czas wymuszać pewne rzeczy, zwłaszcza przeciwko komuś mniejszemu, słabszemu lub mniej wyszkolonemu. Ale dobra technika nie błaga siły, by wykonała całą pracę. Kradnie równowagę. Zakłóca strukturę. Pożycza ruch przeciwnika i oddaje go z nawiązką.
Bardzo hojnie, doprawdy.
Jushin jest bardziej skomplikowane, ponieważ Kokondo zdaje się używać tego terminu w nieco wewnętrzny sposób, łącząc idee linii centralnej i środka ciężkości. W języku japońskim jūshin zazwyczaj odnosi się do środka ciężkości, ale użycie tego terminu w Kokondo wydaje się szersze, obejmując linię i masę ciała, centrum, które można zaatakować, kontrolować, przesunąć lub przełamać. To jest właściwie dość odkrywcze. Pokazuje to Kokondo jako japońsko-inspirowany międzynarodowy język sztuk walki, a nie po prostu japoński system przeszczepiony w nienaruszonym stanie na grunt angielski. Niektórzy puryści będą na to kręcić nosem. Niech kręcą. Puryści kręcą nosem na wiele rzeczy. Daje im to coś do roboty między kłótniami.
Liczy się to, czy koncepcja działa w ciele.
Jeśli kontroluję twoje centrum, kontroluję rozmowę. Jeśli zabieram ci równowagę, twoja opinia staje się mniej istotna. Jeśli wchodzę na właściwej linii, obracam się w odpowiednim momencie, uderzam pod właściwym kątem lub wciągam twoją strukturę w pustkę, nie muszę być silniejszy w prymitywnym sensie. W tym tkwi piękno prawdziwej zasady sztuk walki. To nie magia. To nie mistyczny dym. To fizyka ze złymi intencjami.
Następnie jest Shorin-ji w wewnętrznym wyjaśnieniu Kokondo – idea punktów i okręgów, liniowego i okrężnego ruchu działających razem. Podoba mi się to, ponieważ odzwierciedla jedną z wielkich prawd sztuk walki: linie proste i okręgi potrzebują siebie nawzajem. Proste uderzenie jest decydujące. Ruch okrężny przekierowuje. Bezpośrednie wejście przełamuje dystans. Obrót zmienia problem. Zbyt duża liniowość staje się sztywnością. Zbyt duża okrężność staje się ozdobnym błądzeniem. Ciało musi nauczyć się obu. Umysł musi nauczyć się, kiedy przestać podziwiać okrąg i uderzyć w cel.
To jest część, o której ludzie często zapominają.
Filozofia bez techniki staje się dymem kadzidła. Technika bez filozofii staje się zestawem narzędzi dla idiotów. Kokondo, w najlepszym wydaniu, zdaje się rozumieć, że potrzebne są oba. Ma kodeks Bushido, etykę dojo, zasady bezpieczeństwa, strukturę stopni i silny nacisk na dyscyplinę. Ale mówi także językiem ucieczek, uderzeń, dźwigni, rzutów, duszeń, unieruchomień, kontrowania i przetrwania. Ta kombinacja jest ważna. Sztuki walki bez etyki mogą stworzyć niebezpieczne dzieci w dorosłych ciałach. Sztuki walki bez realizmu mogą stworzyć uprzejme ofiary z certyfikatami.
Żadne z nich nie wygląda dobrze.
Strona Jukido jest szczególnie interesująca, ponieważ nie udaje, że samoobrona to tylko jeden dystans. Prawdziwa przemoc nie pozostaje grzecznie w dystansie kopnięć, bo tak było napisane w broszurze o karate. Wpada na ciebie. Chwyta. Podcina. Unieruchamia. Wgryza się w przestrzeń i zabiera twoją ładną pozycję. Jukido obejmuje nage-waza, kansetsu-waza, shime-waza, atemi-waza, ne-waza, ucieczki, punkty nacisku i reakcje obronne na praktyczne sytuacje. To oczywiście nie czyni go automatycznie skutecznym. Lista technik to nie umiejętność. Menu to nie posiłek. Ale intencja jest jasna: ciało musi być w stanie poruszać się przez uderzenia, klinczowanie, rzuty, dźwignie i przetrwanie w parterze, nie przeżywając egzystencjal
To jest ta irytująca odpowiedź.
Oczywiście, ludzie wolą tę łatwiejszą.
Pozycja historyczna Kokondo jest dość jasna, jeśli jesteśmy szczerzy. To nie jest klasyczne japońskie koryū. To nie jest stara okinawska sztuka rodzinna zachowana bez zmian przez wieki. To jest nowoczesny system założony w Ameryce, oparty na japońskich i okinawskich wpływach sztuk walki. Jego korzenie obejmują Sanzyu-ryu Jujitsu poprzez Sudo, dodatkowe szkolenie w Japonii podczas lat służby Arela w Korpusie Piechoty Morskiej, powiązania Dona Nagle'a z Isshin-ryu, San Kata Ishikawy oraz wpływ świata Kyokushin Masutatsu Oyamy, zanim Arel odłączył się i założył Kokondo Karate w 1970 roku.
To nie czyni tego mniej interesującym.
Pod pewnymi względami czyni to go bardziej interesującym, ponieważ zmusza nas to do przyjrzenia się, jak podróżują tradycje sztuk walki. Nie przemieszczają się jak zamrożone posągi. Przemieszczają się poprzez ciała. Poprzez migrantów, żołnierzy, nauczycieli, uczniów, nieporozumienia, adaptacje, kontuzje, kłótnie, siniaki, ego i szczere próby zachowania czegoś wartościowego, czyniąc to jednocześnie użytecznym w innym miejscu. Sztuki walki nie są eksponatami muzealnymi. Nawet jeśli ludzie udają, że są, to nie są. Każde pokolenie dokonuje edycji. Niektórzy robią to uczciwie. Niektórzy robią to, jednocześnie upierając się, że nic się nie zmieniło, co jest urocze w ten sam sposób, w jaki uroczy jest kot strącający szklankę ze stołu.
Kokondo jest przynajmniej uczciwe w swojej nazwie.
Przeszłość i teraźniejszość.
Nie sama przeszłość. Nie sama teraźniejszość.
Jest w tym filozoficzna dojrzałość, jeśli potraktuje się to poważnie. Tradycja nie powinna być klatką. Ale innowacja również nie powinna być wymówką dla ignorancji. Nie mam cierpliwości do ludzi, którzy wymyślają bzdury i ubierają je w japońską terminologię, aby wyglądały na głębokie. Równie nie mam cierpliwości do ludzi, którzy tak ślepo czczą tradycję, że mylą zachowanie z rozumieniem. Martwą rzecz można doskonale zakonserwować. To nie czyni jej żywą.
Żywa sztuka walki musi oddychać.
Musi pamiętać, skąd pochodzi, ale musi też odpowiadać na brzydkie pytania teraźniejszości. Co się dzieje, gdy napastnik jest większy? Co się dzieje, gdy nie ma sędziego? Co się dzieje, gdy zostajesz złapany od tyłu? Co się dzieje, gdy jesteś na ziemi? Co się dzieje, gdy strach zamienia twoje precyzyjne zdolności motoryczne w mokre kluski? Co się dzieje, gdy twoja piękna postawa spotyka się z parkingiem, ścianą, klatką schodową lub trzema idiotami z większą pewnością siebie niż wykształceniem?
To jest moment, w którym systemy samoobrony stają się poważne albo stają się teatrem.
Nacisk Kokondo na odpowiednią reakcję jest tutaj ważny. Samoobrona nie polega na maksymalnej przemocy. To jest dziecinne. Chodzi o właściwą przemoc. Niezbędna siła. Siła użyta w odpowiednim momencie. Kontrolowana siła. Czasami oznacza to ucieczkę. Czasami oznacza to uderzenie. Czasami oznacza to zablokowanie, rzut, unieruchomienie, stworzenie przestrzeni, ochronę kogoś innego lub po prostu nieznajdowanie się tam, gdzie ląduje niebezpieczeństwo. Fantazyjna wersja sztuk walki zawsze chce dramatycznego zakończenia. Prawdziwa samoobrona często chce czegoś znacznie mniej efektownego: wyjść z tego żywym, uniknąć więzienia, zachować zęby, wrócić do domu.
Niezbyt poetyckie.
Bardzo użyteczne.
Jest też coś, co szanuję w nacisku Kokondo na bezpieczeństwo w dojo. Niektórzy ludzie słysząc „samoobrona” od razu myślą, że trening musi stać się brutalną głupotą. Nie. Dojo nie staje się lepsze przez zamienianie uczniów w dokumentację medyczną. Bezpieczeństwo to nie słabość. Bezpieczeństwo to coś, co pozwala ludziom ciężko trenować przez lata, zamiast bohatersko kontuzjować się w trzecim tygodniu i przez następną dekadę opowiadać wszystkim, jak intensywnie kiedyś trenowali. Kontrolowany trening nie jest miękki, gdy jest wykonywany prawidłowo. Jest inteligentny. Pozwala ludziom budować umiejętności, wyczucie czasu, wrażliwość i odwagę, nie myląc lekkomyślności z realizmem.
To rozróżnienie ma większe znaczenie, niż lubią przyznawać ludzie o mentalności macho.
Interesuje mnie również to, jak Kokondo plasuje się między budo a bujutsu. Technicznie rzecz biorąc, skłania się ku bujutsu – praktycznej technice walki, samoobronie, skuteczności. Etycznie i strukturalnie skłania się ku budo – charakterowi, dyscyplinie, postępowaniu, kulturze dojo, rozwojowi osoby. To napięcie nie jest wadą. Jest sercem wielu sztuk walki. Technika musi być wystarczająco ostra, by mieć znaczenie. Osoba musi być wystarczająco zdyscyplinowana, by jej nie nadużywać.
Stal bez charakteru to tylko problem czekający na świadka.
Charakter bez stali to plakat motywacyjny.
Wiem, że to brzmi ostro. Dobrze. Niektóre rzeczy trzeba powiedzieć ostro, ponieważ świat sztuk walki ma talent do topienia prawdy w uprzejmych bzdurach. Bez końca mówimy o szacunku, honorze, rodowodzie, pokorze, tradycji i duchu, jednocześnie czasem ignorując, czy trening faktycznie kształtuje spokojnych, zdolnych, uczciwych ludzi. Najlepszym argumentem Kokondo nie jest to, że ma japońskie słowa, historię założyciela czy ustrukturyzowany program nauczania. Jego najlepszym argumentem jest to, że próbuje połączyć zasadę z funkcją.
Kuzushi musi być odczuwalne.
Jushin musi być kontrolowane.
Shorin-ji musi pojawiać się w ruchu, a nie tylko w wyjaśnieniach.
Kata musi stać się bunkai.
Bunkai musi przetrwać kontakt.
Randori musi testować ucznia, nie zamieniając dojo w arenę gladiatorów dla niepewnych siebie mężczyzn w średnim wieku z ortezami na kolanach i nierozwiązanymi problemami z dzieciństwa.
Znowu, subtelne brytyjskie niedopowiedzenie.
Istnieją oczywiście nierozwiązane pytania. Samo Sanzyu-ryu nie jest łatwe do zweryfikowania za pośrednictwem japońskich źródeł publicznych. Dokładne japońskie szczegóły rodowodu dotyczące Sudo nie są w pełni jasne w dostępnych materiałach. San Kata Ishikawy również nie jest łatwe do odnalezienia w publicznych japońskich rejestrach. Kokondo nie wydaje się mieć silnej widoczności w samej Japonii, a oficjalne listy dojo wydają się koncentrować głównie w Stanach Zjednoczonych, z ograniczoną obecnością międzynarodową. To nie niszczy wartości systemu, ale oznacza, że powinniśmy mówić ostrożnie. Ostrożność nie jest wrogiem szacunku. Ostrożność to sposób, w jaki szacunek unika stania się łatwowiernością.
Wolałbym powiedzieć: „To jest to, co można potwierdzić, to jest to, co pozostaje niejasne”, niż owijać wszystko w jedwab i udawać, że niepewność jest obrazą.
Nie jest.
Niepewność jest uczciwa.
A sztuki walki potrzebują więcej uczciwości. Desperacko. Mamy dość legend
Nie chodzi o to, czy Kokondo jest wystarczająco starożytne, by zaimponować ludziom, którzy kolekcjonują rodowody jak porcelanowe talerze. Prawdziwe pytanie brzmi, czy jego zasady prowadzą do użytecznego zrozumienia sztuk walki. Czy uczy ucznia czytać równowagę? Czy uczy uderzania ze strukturą? Czy uczy wchodzenia i kątowania? Czy uczy, co się dzieje, gdy przeciwnik chwyta z powrotem? Czy uczy kontroli bez paniki? Czy uczy różnicy między przemocą a samoobroną? Czy zachowuje tradycję, nie balsamując jej? Czy adaptuje się, nie stając się bezkształtną kałużą „czegokolwiek, co działa, stary”?
To ostatnie jest ważne.
„Cokolwiek działa” brzmi cudownie praktycznie, dopóki nie zdasz sobie sprawy, że często oznacza „cokolwiek widziałem w internecie w zeszłym tygodniu”. System potrzebuje struktury. Potrzebuje progresji. Potrzebuje zasad, które przetrwają poza ulubionymi technikami. Trójzasadowa struktura Kokondo daje mu ten szkielet. Kuzushi łamie strukturę przeciwnika. Jushin odnosi się do centrum. Shorin-ji łączy punkty i okręgi, bezpośredniość i płynność. Niezależnie od tego, czy uderza się, rzuca, zakłada dźwignię, czy ucieka, te zasady mogą prowadzić ciało.
Tak system staje się czymś więcej niż katalogiem.
I być może dlatego uważam, że Kokondo jest warte pisania. Nie dlatego, że jest sławne. Nie jest, przynajmniej nie globalnie. Nie dlatego, że jest komfortowo akceptowane w Japonii. Nie wydaje się. Nie dlatego, że każdy element jego rodowodu jest doskonale jasny w publicznych źródłach. Nie jest. Uważam je za interesujące, ponieważ znajduje się w tej skomplikowanej strefie pogranicznej, gdzie sztuki walki często stają się najbardziej odkrywcze.
Między Japonią a Ameryką.
Między karate a jujitsu.
Między kata a randori.
Między tradycją a adaptacją.
Między etyką budo a funkcją bujutsu.
Między pragnieniem zachowania a potrzebą przetrwania.
To pogranicze jest chaotyczne. Ale takie jest też prawdziwe szkolenie. Taka jest też historia. Takie jest też ludzkie ciało, gdy ktoś właśnie wytrącił je z równowagi i zapoznał z podłogą z intencją edukacyjną.
Kokondo przypomina mi, że sztuki walki to nie tylko to, skąd coś pochodzi. To także to, co ludzie z tym zrobili po tym, jak się pojawiło. Technika przekraczająca ocean nie pozostaje niezmieniona. Zasada nauczana w jednym języku i trenowana w innym staje się czymś nieco innym. Czasami słabsza. Czasami silniejsza. Czasami dziwna, ale żywa. A żywe jest lepsze niż doskonale martwe.
Zawsze będę szanować tradycję. Prawdziwą tradycję. Nie tradycję cosplayową. Nie tradycję marketingową. Nie taką, która wrzuca japońskie słowa do broszury jak przyprawę i ma nadzieję, że nikt nie zada pytań. Prawdziwa tradycja to odpowiedzialność. Oznacza to, że dziedziczysz coś, testujesz to, zachowujesz to, co prawdziwe, odrzucasz to, co jest fantazją, i przekazujesz to w czystszej formie, niż to otrzymałeś. To trudniejsze niż kult. Kult jest łatwy. Myślenie to niebezpieczna część.
Kokondo, w najlepszym wydaniu, wydaje się wymagać myślenia.
Prosi karatekę, by spojrzał poza powierzchnię kata. Prosi jujitsukę, by rozumiał uderzenie tak samo jak rzut. Prosi ucznia samoobrony, by nie mylił agresji z kompetencją. Prosi tradycjonalistę, by nie bał się adaptacji. Prosi modernistę, by nie drwił ze starych form, zanim zrozumie, co one kryją. Prosi ciało, by stało się efektywne, scentrowane, responsywne i uczciwe.
A uczciwość nie zawsze jest pochlebna.
Mata ma swój sposób na mówienie prawdy. Równowaga nie dba o twoją opinię. Timing nie dba o twoją rangę. Dźwignia nie dba o to, jak poetycko brzmi twój rodowód. Rzut nie staje się lepszy, bo ktoś dodał kadzidło. Albo ciało rozumie, albo nie.
Dlatego sztuki walki uczą pokory, nawet gdy otacza je ego. Zwłaszcza wtedy.
Więc kiedy patrzę na Kokondo, nie widzę starożytnej japońskiej sztuki. Nie widzę też przypadkowej mieszanki. Widzę nowoczesny system sztuk walki, próbujący przenieść starsze zasady do praktycznej samoobrony. Widzę karate, które odmawia bycia jedynie choreografią turniejową. Widzę jujitsu, które odmawia bycia jedynie historyczną nostalgią. Widzę strukturę zbudowaną wokół łamania równowagi, kontroli centrum, ruchu okrężnego i liniowego, analizy kata, praktycznej reakcji i dyscypliny etycznej.
Czy jest idealne? Żadna sztuka walki nie jest. Każdy, kto twierdzi, że jest doskonały, powinien być obserwowany ostrożnie, najlepiej z bezpiecznej odległości i blisko wyjścia.
Ale czy warto je poważnie studiować?
Tak.
Ponieważ Kokondo znajduje się w miejscu, którego wielu artystów sztuk walki udaje, że nie zajmuje, choć absolutnie to robią: między dziedzictwem a inwencją. Każda żywa sztuka walki tam żyje. Niektórzy to przyznają. Niektórzy ukrywają to za bardzo surowym zdjęciem założyciela. Kokondo przyznaje to w swojej samej idei – przeszłości i teraźniejszości.
I być może to jest część, którą szanuję najbardziej.
Przeszłość daje nam kości. Teraźniejszość daje nam krew. Bez przeszłości stajemy się płytcy. Bez teraźniejszości stajemy się reliktami. Sztuka walki potrzebuje obu. Potrzebuje pamięci i presji. Potrzebuje formy i kontaktu. Potrzebuje dyscypliny i wątpliwości. Potrzebuje nauczycieli, którzy zachowują, uczniów, którzy kwestionują, i wystarczająco dużo siniaków, by wszyscy pozostali uczciwi.
Kokondo może nie być szeroko znane w Japonii. Może nie zadowolić każdego purysty rodowodu. Może zawierać nierozwiązane szczegóły historyczne, które zasługują na ostrożność. Ale jako idea sztuk walki, ma zęby. Mówi, że tradycja to nie sala muzealna. To broń, która nadal musi pasować do ręki. Mówi, że kata to nie martwy ruch, ale skompresowana wiedza. Mówi, że samoobrona musi być czymś więcej niż sportem, czymś więcej niż fantazją, a z pewnością czymś więcej niż głośnym krzykiem w drogiej piżamie.
I tak, wiem, że nazywa się je gi.
Pozwólcie mi się zabawić.
Ostatecznie, Kokondo jest najbardziej użyteczne, gdy przestaniemy pytać, czy jest wystarczająco stare, wystarczająco czyste, wystarczająco japońskie, czy wystarczająco sławne, a zaczniemy zadawać lepsze pytanie: czy uczy ludzkie ciało przetrwania z inteligencją?
Bo tam sztuki walki stają się prawdziwe.
Nie w micie.
Nie w broszurze.
Nie w dyskusji pod postem na Facebooku, gdzie każdy nagle staje się historykiem, wojownikiem i ekspertem językowym po dwóch minutach w Google.
Ale w ciele.
W odebranej równowadze.
W kontrolowanym centrum.
W ruchu, który wchodzi, obraca się, łamie, ucieka i odpowiada.
W cichej chwili, gdy tradycja przestaje być dekoracją, a staje się funkcją.
Tam Kokondo staje się interesujące.
I tam, niezależnie od tego, czy ludzie lubią tę etykietę, czy nie, spotykają się przeszłość i teraźniejszość.