Ryūei-ryū

Oryginalny esej

Powiem wprost, bo cokolwiek innego byłoby nieuczciwe – w momencie, gdy zaczynasz porządnie zagłębiać się w Ryūei-ryū, nie w wypolerowane streszczenia, nie w powielane linijki z Wikipedii, ale w rzeczywiste japońskie materiały, rodzinne publikacje, imiona zapisane w ich własnym języku… coś się zmienia. Przestaje być komfortowo.

I nie mówię tego w dramatyczny sposób. Mam na myśli ten cichy, lekko irytujący sposób, w którym rzeczy nie chcą się ładnie ułożyć, gdzie daty są niesforne, gdzie imiona wydają się w połowie prawdziwe, a w połowie… skonstruowane, a może po prostu przefiltrowane przez czas w sposób, który uniemożliwia współczesną pewność.

I to mi się podoba. Prawdopodobnie bardziej, niż powinienem.

Bo bądźmy szczerzy – większość ludzi nie chce historii. Chcą jasności. Chcą czystej historii początków, heroicznego założyciela, prostej linii od przeszłości do teraźniejszości, najlepiej z kilkoma romantycznymi ozdobnikami, żeby to miało sens. Coś, co mogą powtarzać bez zbytniego zastanawiania się.

Ryūei-ryū odmawia ci tego.

Daje ci wystarczająco dużo, żebyś pozostał zainteresowany… a potem się wycofuje.

W centrum, oczywiście, stoi 仲井間憲里 – Nakaima Norisato, lub Kenri, w zależności od tego, jak zdecydujesz się go czytać. Już samo to powinno skłonić cię do chwili zastanowienia. Jeden człowiek, wiele odczytań jego imienia, wiele tożsamości w zależności od tego, czy podchodzisz do niego przez interpretacje japońskie, chińskie, czy późniejsze. To nie jest wada. Tak działa historia.

Mówi się, że urodził się w 1819 roku w Kumemura – a ten szczegół ma większe znaczenie, niż ludzie zdają sobie sprawę. Kumemura nie była po prostu kolejną osadą na Okinawie. Była to enklawa pod wpływem chińskim, miejsce, gdzie wymiana kulturowa nie była egzotyczna, lecz rutynowa, gdzie język, biurokracja i wiedza przepływały w sposób, którego reszta Okinawy nie do końca podzielała.

Więc kiedy rodzinna tradycja mówi nam, że podróżował do Chin w 1839 roku, nie wydaje się to absurdalne. Wydaje się to prawdopodobne. Nawet poparte dowodami, jeśli rozumiesz środowisko polityczne i kulturowe Królestwa Ryūkyū w tamtym czasie.

Ale potem dochodzimy do części, gdzie ludzie albo się pochylają… albo cicho się wycofują.

劉龍公 – Liu Long Gong.

Imię, które ma znaczenie w narracji Ryūei-ryū, a jednak staje się dziwnie nieuchwytne w momencie, gdy próbujesz je osadzić w chińskich zapisach historycznych. Nie znajdziesz go starannie skatalogowanego. Żadnego wygodnego rejestru wojskowego potwierdzającego jego rolę jako oficera gwardii cesarskiej. Żadnej schludnej biografii czekającej na ciebie.

I to jest zazwyczaj moment, w którym zaczynają się spory.

Niektórzy powiedzą – cóż, to znaczy, że nie istniał.

Inni będą nalegać – oczywiście, że istniał, tradycja tak mówi.

A ja siedzę tam, lekko rozbawiony, myśląc… że może oboje mijacie się z celem.

Bo brak dowodów nie jest dowodem na brak – tak, wiem, trochę to oklepane, ale wciąż prawdziwe – a jednocześnie sama tradycja nie jest weryfikacją. Oba stwierdzenia mogą istnieć razem, nie wykluczając się wzajemnie, nawet jeśli to sprawia, że ludzie czują się niekomfortowo.

Według 仲井間憲児, obecnego głowy rodu, Nakaima spędził lata w Chinach. Nie krótka wizyta. Nie weekendowe seminarium przebrane za doświadczenie zmieniające życie. Lata. Wystarczająco długo, by wchłonąć coś prawdziwego, niezależnie od tego, czy dziś jesteśmy w stanie odtworzyć każdy jego szczegół.

A kiedy wrócił – i nawet to jest kwestionowane, czy około 1846 roku, czy później, w zależności od tego, któremu źródłu bardziej ufasz – przywiózł coś, co nie zostało od razu udostępnione.

I to jest ta część, która fascynuje mnie najbardziej.

Ponieważ Ryūei-ryū nie wyłoniło się jako system publiczny. Nie rozprzestrzeniło się po Okinawie jak inne formy te. Nie ugruntowało się poprzez sieci nauczania, publiczne pokazy czy integrację społeczną.

Pozostało w rodzinie.

Cicho.

Przez dziesięciolecia.

Właściwie, więcej niż dziesięciolecia. Pokolenia.

仲井間憲忠, a potem 仲井間憲孝, każdy dziedziczący system nie jako markę, nie jako szkołę, ale jako coś bliższego odpowiedzialności. I to słowo ma znaczenie. Odpowiedzialność bardzo różni się od posiadania. Jedno oznacza, że przekazujesz coś niezmienionego. Drugie oznacza, że kształtujesz to według własnego uznania.

Ryūei-ryū mocno skłania się ku temu pierwszemu.

I w dziwny sposób czyni to jednocześnie bardziej autentycznym i bardziej frustrującym.

Bo kiedy coś pozostaje ukryte, pozostaje też nieudokumentowane. A raczej, jest dokumentowane w sposób, który nie jest dostępny, nie jest ustandaryzowany i często nie jest zachowany. Naloty z 1944 roku nie tylko zniszczyły budynki. Wymazały fragmenty pamięci. Archiwa rodzinne. Materiały pisane. Rzeczy, które bardzo chcielibyśmy mieć dzisiaj.

Więc to, co pozostaje, to mieszanka.

Fragmenty pisanej tradycji.

Przekaz ustny.

Późniejsze rekonstrukcje.

I pewien poziom… zaufania.

Tak, znowu to słowo. To, którego historycy zazwyczaj nie lubią.

Teraz dochodzimy do punktu, który osobiście uważam za dość zabawny, w nieco ironiczny sposób.

Po pokoleniach tajemnicy, system się otwiera. Nie dramatycznie. Nie z wielką deklaracją. Ale stopniowo, poprzez 仲井間憲児, który zaczyna nauczać poza rodziną około lat 70. XX wieku.

I nagle coś, co nigdy nie miało być publiczne… staje się widoczne.

Nie tylko widoczne, właściwie. Konkurencyjne.

Wkracza 佐久本嗣男.

I nie mogę powstrzymać lekkiego uśmiechu w tym momencie, bo gdybyś powiedział wcześniejszym pokoleniom, że ich starannie zachowany, niemal prywatny system pewnego dnia będzie prezentowany w blasku jupiterów, oceniany, punktowany i celebrowany na międzynarodowych turniejach… podejrzewam, że reakcja byłaby co najwyżej mieszana.

A jednak dokładnie tak się stało.

I o dziwo, zadziałało.

Sakumoto nie zamienił tego w coś nierozpoznawalnego. Nie sprowadził tego do czegoś pustego. Przeniósł to dalej, ale w sposób, który uczynił to czytelnym dla współczesnej publiczności.

Co jest trudniejsze, niż ludzie myślą.

Ponieważ zachowanie czegoś i jego prezentacja to dwie bardzo różne umiejętności, a większość ludzi radzi sobie z jedną kosztem drugiej.

Teraz, jeśli spojrzysz na stronę techniczną – a ja pozostanę przy ziemi, bez mistycznych bzdur – zaczynasz zauważać pewne wzorce. Silny nacisk na biodra. Nie tylko ruch, ale generowanie mocy. Rodzaj zakorzenienia, który wydaje się ciężki, ale nie powolny.

Kata – Anan, Paiku, Pachu, Heiku – w swoim pierwotnym zamyśle nie wydają się być elementami pokazowymi. Wydają się czymś innym. Czymś funkcjonalnym, nawet jeśli współczesna interpretacja nieuchronnie ukształtowała sposób ich prezentacji.

A potem jest aspekt kobudō, który nie jest traktowany jako opcjonalny dodatek. Jest zintegrowany. Broń nie

Ale znowu – i będę na to nalegać, bo to ma znaczenie – nie mamy doskonałego, ciągłego, udokumentowanego łańcucha, który dowodziłby, że każda pojedyncza technika istnieje dziś dokładnie tak, jak istniała w XIX wieku.

Nie.

A udawanie, że jest inaczej, byłoby… nieuczciwe.

Ale rzecz w tym.

Ta niedoskonałość nie osłabia systemu.

Wręcz przeciwnie, czyni go bardziej ludzkim.

Bo prawdziwa transmisja jest nieuporządkowana. Dostosowuje się. Traci pewne elementy. Odbudowuje się. Przetrwa we fragmentach i mimo wszystko trwa dalej. Tak właśnie żyją tradycje – nie w doskonałym zachowaniu, ale w ciągłości pomimo zakłóceń.

I Ryūei-ryū jest właśnie tym.

Ciągłość, nie doskonałość.

Linia, która utrzymała coś wystarczająco długo, aby dotarło to do teraźniejszości, nawet jeśli jej części są zatarte, przekształcone lub po prostu… zaginęły.

I może właśnie z tym ludzie mają problem.

Ponieważ zostaliśmy wyszkoleni – niemal uwarunkowani – aby oczekiwać jasnych odpowiedzi. Zweryfikowanych dat. Uznanych mistrzów z udokumentowanymi biografiami. Systemu, który wyjaśnia się zgrabnie, uprzejmie, przekonująco.

Ryūei-ryū tego nie robi.

Daje ci wystarczająco dużo, by się zaangażować, a potem zostawia cię tam stojącego, nieco niezadowolonego, nieco ciekawskiego, a może nawet nieco zirytowanego.

I szczerze mówiąc, myślę, że właśnie dlatego uważam to za tak fascynujące.

Bo nie próbuje cię przekonywać.

Nie udaje autentyczności.

Po prostu istnieje, ze wszystkimi swoimi niespójnościami, lukami, sprzecznościami i ze swoją cichą pewnością, że nie musi udowadniać swojej wartości nikomu, kto nie jest gotów zajrzeć nieco głębiej.

A to, w świecie pełnym bardzo głośnych twierdzeń i bardzo dopracowanych narracji, wydaje się niemal buntownicze.

Co doceniam.

Prawdopodobnie bardziej, niż powinienem.

Więc nie, nie będę tu siedzieć i mówić ci, że Ryūei-ryū to doskonale udokumentowany, historycznie szczelny system.

Nie jest.

Ale też nie zamierzam go odrzucać, ponieważ odmawia dopasowania się do współczesnych oczekiwań co do historycznej klarowności.

Bo historia nie jest uporządkowana.

Ludzie nie są uporządkowani.

Transmisja z pewnością nie jest uporządkowana.

I gdzieś w tym bałaganie, w tym niedoskonałym łańcuchu pamięci i praktyki, coś prawdziwego wciąż się porusza.

Cicho.

Wytrwale.

Bez pytania o pozwolenie.

I może to jest właśnie ten punkt, który ludzie wciąż pomijają.

Nie wszystko, co ważne, musi się doskonale wyjaśniać.

Niektóre rzeczy po prostu muszą przetrwać.

A Ryūei-ryū, pomimo całej swojej ciszy, zrobiło dokładnie to.