Shitō-ryū

Oryginalny esej

Kiedy po raz pierwszy zacząłem poważnie zagłębiać się w Shitō-ryū, uświadomiłem sobie coś dość zabawnego. Nie ten rodzaj zabawnego, który wywołuje uśmiech – raczej ten, przy którym opierasz się na krześle, popijasz herbatę i mamroczesz: „Cholera jasna… tak wiele z tego, co ludzie powtarzają o historii karate, to niedostrawiony folklor”.

W szczególności Shitō-ryū cierpi na ten problem. Ludzie mówią o nim, jakby był to po prostu kolejny „styl” karate, który pojawił się schludnie zapakowany w latach 30. XX wieku, jakby ktoś w Osace obudził się pewnego ranka, wymyślił nazwę i voilà – tradycja osiągnięta.

Rzeczywistość, jak zwykle, jest o wiele bardziej skomplikowana. I o wiele ciekawsza.

Człowiekiem w centrum tego wszystkiego jest Kenwa Mabuni, urodzony w 1889 roku w Shuri na Okinawie, miejscu, które w tamtym czasie wciąż trawiło zderzenie starej kultury dworskiej Ryūkyū z nowoczesnym japońskim nacjonalizmem. Karate nie było jeszcze „sportem”, nie było jeszcze schludnie skategoryzowanym systemem budō. Był to rozproszony zbiór nauk, osobistych przekazów i półtajnych tradycji treningowych przekazywanych w małych kręgach uczniów.

Mabuni nie wynalazł karate. To, co zrobił – i to jest to, gdzie ludzie go źle rozumieją – było czymś o wiele bardziej radykalnym.

Nie pozwolił, by zniknęło.

Jego wczesne szkolenie pochodziło od Ankō Itosu, człowieka, którego wpływu na współczesne karate nie da się przecenić. Jeśli karate ma wielkiego architekta, Itosu jest jednym z nich. Zsystematyzował trening, wprowadził karate do szkół na Okinawie i napisał słynny list z 1908 roku, często nazywany Dziesięcioma Przykazaniami Karate.

Te przykazania już wskazują na coś ważnego: karate nigdy nie było jednolitym systemem. Sam Itosu pisał, że sztuka ta miała różne korzenie i gałęzie.

Mabuni głęboko to przyswoił.

Od Itosu nauczył się tego, co późniejsze pokolenia nazwałyby tradycjami Shuri-te, kata takich jak Naihanchi i seria Pinan. Ustrukturyzowane formy. Precyzyjne linie ruchu. Kompaktowe, efektywne techniki.

Ale Mabuni nie zadowolił się jedną linią przekazu.

Więc wyruszył na poszukiwania.

Ostatecznie został uczniem Kanryō Higaonny, którego nauki reprezentowały zupełnie inny nurt okinawskiej kultury walki. Podczas gdy nauki Itosu kładły nacisk na liniową precyzję i wybuchowe wyczucie czasu, metody Higaonny podkreślały zakorzenione oddychanie, kondycjonowanie ciała i wewnętrzną mechanikę, którą można znaleźć w formach takich jak Sanchin.

Większość adeptów sztuk walki wybrałaby jednego nauczyciela i zadeklarowała lojalność.

Mabuni zrobił coś na granicy buntu jak na tamte czasy: studiował u obu.

Ta decyzja, prosta na papierze, jest w rzeczywistości DNA Shitō-ryū.

Sama nazwa jest cichym hołdem. „Shi” od Itosu. „Tō” od Higaonny. Lingwistyczny ukłon w stronę dwóch nauczycieli, którzy reprezentowali dwa różne nurty okinawskiej wiedzy sztuk walki.

Innymi słowy, Shitō-ryū nigdy nie miało być wąską szkołą.

Miało być biblioteką.

A Mabuni zbierał materiały niczym opętany bibliotekarz.

Podróżował po Okinawie, szukając nauczycieli, kata i fragmentów starej wiedzy treningowej. Niektóre pochodziły z tradycji Shuri. Inne z Naha. Jeszcze inne z linii Tomari lub od niezależnych mistrzów, którzy mieli własne interpretacje starszych form pochodzenia chińskiego.

Rezultat był czymś niezwykłym.

Podczas gdy inne style karate ostatecznie zawęziły swoje programy nauczania, Shitō-ryū zach

Ale dlatego, że po cichu przyznaje coś, czego każdy poważny adept sztuk walki w końcu się uczy.

Tradycja nie jest prostą linią.

To sieć.