Znowu wpadłem w swoją osobistą króliczą norę – i jak zwykle nie w tę wygodną, gdzie przeglądasz kilka angielskich artykułów, kiwasz głową z aprobatą i czujesz, że „odrobiłeś lekcje”, ale w tę nieco bardziej irytującą, gdzie faktycznie czytasz japońskie materiały o Shōtōkan i nagle zdajesz sobie sprawę… że większość tego, co powtarza się poza Japonią, jest albo uproszczona, dopracowana, albo po cichu przeformułowana w coś znacznie łatwiejszego do strawienia.
A jak wiecie – nie do końca ufam rzeczom, które są zbyt łatwe do strawienia.
Zazwyczaj są wstępnie przeżute. Wygodne. Starannie zapakowane. Nieco podejrzane.
Bo w momencie, gdy zagłębiasz się w japońskie źródła – te prawdziwe, a nie cytaty z mediów społecznościowych przebrane za „tradycję” – cały ton się zmienia. Staje się mniej teatralny, mniej obsesyjnie skupiony na udowadnianiu czegoś, i co dziwne… bardziej wymagający. Nie głośniejszy. Nie bardziej agresywny. Po prostu bardziej cicho bezkompromisowy.
I tak, mówię konkretnie o Shōtōkan, a nie o karate w ogóle, ponieważ nawet to rozróżnienie zbyt często się zaciera.
Punktem wyjścia jest oczywiście nadal Funakoshi Gichin. I to właśnie tutaj robi się już ciekawie – ponieważ jeśli czytasz jego prace po japońsku, a nawet patrzysz na to, jak opisują go japońskie organizacje, narracja nie jest tą heroiczną, niemal mityczną historią założyciela, którą ludzie tak chętnie opowiadają.
Jest… spokojniejsza.
Bardziej powściągliwa.
Jest opisywany jako ktoś, kto sprowadził 唐手術 – Okinawan Tōde – do kontynentalnej Japonii, zaprezentował je w 1922 roku na Tokijskiej Wystawie Wychowania Fizycznego, a następnie spędził lata, kształtując je w to, co później nazwano by 空手道. Ta część jest dobrze udokumentowana przez japońskie źródła, takie jak historie 日本空手協会 i 松濤會. Ale to, co podkreślają, to nie dominacja czy przewaga bojowa.
Podkreślają transformację.
Adaptację.
Celową zmianę.
Nawet zmiana nazwy z 唐手 na 空手 – którą ludzie uwielbiają romantyzować – jest przedstawiana w japońskich materiałach mniej jako mistyczne filozoficzne przebudzenie, a bardziej jako świadoma decyzja kulturowa. Repozycjonowanie. Sposób na dostosowanie sztuki do japońskich ideałów budō.
Co już mówi ci coś ważnego.
Shōtōkan, od samego początku, nie był zamrożoną tradycją.
Był kształtowany.
I to kształtowanie nigdy tak naprawdę się nie skończyło.
Teraz robi się nieco niewygodnie, ponieważ gdy to zaakceptujesz, wiele współczesnych narracji zaczyna się chwiać. Zwłaszcza te, które upierają się, że wszystko musi być zachowane dokładnie tak, jak jest, jakbyśmy strzegli jakiejś nietkniętej relikwii.
Nie strzeżemy.
Nigdy nie strzegliśmy.
Nawet samo założenie 松濤館 w 1936 roku – a później utworzenie 日本空手協会 w 1948 roku z Funakoshim jako 最高師範 – odzwierciedla narzucenie struktury na coś, co pierwotnie było znacznie mniej usystematyzowane.
I tak, ta struktura była konieczna. Duże grupy, kluby uniwersyteckie, zorganizowane nauczanie – nie da się tego prowadzić wyłącznie na podstawie ogólnych zasad i filozoficznych rozważań.
Ale coś się zmienia, gdy to robisz.
Zauważyłem to szczególnie, porównując opisy treningu. Japońskie źródła bardzo jasno mówią o 三本柱 – 基本, 形, 組手. Kihon, kata, kumite. Wszyscy znają te słowa. Wszyscy je powtarzają.
Ale znajomość słów i zrozumienie, co one faktycznie reprezentują, to dwie bardzo różne rzeczy.
Kihon to nie tylko powtórzenia.
Kata to nie tylko choreografia.
Kumite to nie tylko walka.
Brzmi to oczywistoście, prawda? Prawie irytująco oczywiste. Coś, co ludzie mówią, a potem natychmiast ignorują.
Bo jeśli faktycznie podążysz za logiką japońskich wyjaśnień, to zwłaszcza kata staje się problemem.
Nie schludnym systemem.
Problemem.
Ponieważ japońskie źródła opisują około 26 standardowych kata w Shōtōkan, tak – Heian, Tekki, Bassai Dai, Kanku Dai, Enpi, Hangetsu, Gankaku i tak dalej – ale nie przedstawiają ich jako gotowych odpowiedzi. Są prezentowane jako ustrukturyzowane formy, które wymagają interpretacji.
I to słowo… interpretacja.
Właśnie tam sprawy zaczynają się komplikować.
Ponieważ interpretacja wprowadza odpowiedzialność. Usuwa siatkę bezpieczeństwa w postaci „to znaczy dokładnie to i to”. Zmusza cię do myślenia. Do kwestionowania. Do zaakceptowania, że różni instruktorzy – nawet w samej Japonii – historycznie nie zgadzali się co do zastosowań, nacisku, wyczucia czasu.
Co jest bardzo niewygodne, jeśli cała twoja tożsamość opiera się na pewności.
I myślę, że to właśnie tutaj wiele współczesnych praktyk po cichu odbiega od pierwotnego tonu
Ale może to po prostu ludzka natura. Lubimy historie. Lubimy rzeczy, które wydają się większe, niż są w rzeczywistości. Lubimy myśl, że to, co robimy, jest w jakiś sposób wyjątkowe.
I być może tak jest.
Tylko nie w taki sposób, w jaki często to przedstawiamy.
Bo jeśli odrzeć wszystko z otoczki – organizacji, polityki, niekończących się debat o rywalizacji kontra tradycji – to, co ci zostaje, jest czymś znacznie prostszym.
Pojawiasz się.
Trenujesz.
Doskonalisz.
Kwestionujesz.
A potem robisz to znowu.
Niezbyt efektowne.
Niezbyt łatwe do sprzedania.
Zdecydowanie niewystarczająco ekscytujące dla algorytmów mediów społecznościowych.
Ale prawdopodobnie bliższe istoty niż większość ludzi chciałaby przyznać.
I szczerze mówiąc – to jest ta część, którą uważam za najbardziej interesującą.
Nie czyste linie. Nie ostre techniki. Nie perfekcyjnie zsynchronizowane kata w sali pełnej ludzi poruszających się jak swoje lustrzane odbicia.
Ale ciche napięcie pod tym wszystkim.
Fakt, że Shōtōkan, mimo że jest jednym z najbardziej ustrukturyzowanych i rozpowszechnionych systemów, nadal odmawia udzielenia ci ostatecznej odpowiedzi.
Ciągle się zmienia.
Subtelnie, ale uporczywie.
W momencie, gdy myślisz, że to zrozumiałeś, coś drobnego się zmienia. Twoje wyczucie czasu. Twoja percepcja. Twoje rozumienie dystansu. Albo po prostu twoja cierpliwość.
I nagle to, co wydawało się solidne… nie jest już tak solidne.
Co, jeśli się nad tym zastanowić, jest albo głęboko frustrujące, albo dziwnie wyzwalające.
W zależności od tego, jak bardzo jesteś przywiązany do pewności.
I może na tym poprzestanę, zanim to zamieni się w coś jeszcze dłuższego, niż już jest.
Nie z konkluzją – bo nie sądzę, żeby Shōtōkan naprawdę ją oferował – ale z nieco niewygodną myślą.
Jeśli to, co praktykujesz, wydaje się całkowicie jasne, całkowicie ustalone, całkowicie niepodważalne…
może zechcesz przyjrzeć się temu jeszcze raz.
Tym razem powoli.
Bo im głębiej wchodzę w te materiały, tym mniej widzę coś sztywnego i zdefiniowanego.
A tym więcej widzę coś żywego.
Cicho ewoluującego.
Nieco upartego.
I wystarczająco nieprzewidywalnego, by utrzymać cię w prawdzie.