To-Shin Do

Oryginalny esej

To-Shin Do: Tradycja to nie eksponat muzealny

Ciągle wracam do To-Shin Do, bo tkwi ono w tym niezręcznym, fascynującym, nieco niebezpiecznym zakątku świata sztuk walki, gdzie tradycja, reinterpretacja, linia przekazu, ego, użyteczność, mit, samoobrona, buddyzm, poobijane kostki i okazjonalny dorosły facet w czarnej piżamie zderzają się ze sobą i próbują udawać, że miały być razem w jednym pomieszczeniu. I szczerze mówiąc, całkiem mi się to podoba. Nie dlatego, że uważam, iż każde twierdzenie na ten temat powinno być bezkrytycznie przyjęte z ceremonialnym ukłonem i filiżanką zielonej herbaty, ale dlatego, że To-Shin Do zmusza mnie do zadania pytania, którego większość adeptów sztuk walki potajemnie nienawidzi: do czego właściwie służy tradycja? Czy ma ona na celu zachowanie starych form dokładnie tak, jak zostały przekazane, niczym eksponat muzealny za szybą, piękny, ale martwy? Czy też ma na celu wzięcie zasad, które przetrwały przemoc, strach, zamieszanie i ludzką głupotę – czterech jeźdźców każdej kłótni na parkingu, tak naprawdę – i uczynienie ich użytecznymi w życiu, które faktycznie teraz prowadzę? To właśnie tutaj To-Shin Do staje się dla mnie interesujące. Nie urocze. Nie mistyczne. Nie „ninja cosplay dla podmiejskich tatusiów”, co jest leniwą obelgą, po którą ludzie sięgają, gdy zabraknie im prawdziwych myśli. Interesujące. Prowokujące. Niekomfortowe. Żywe.

Wiem, że słowo „ninja” sprawia, że niektórzy ludzie natychmiast przewracają oczami tak mocno, że prawdopodobnie widzą własne błędy z dzieciństwa, i słusznie, Zachód faktycznie zamienił ninjutsu w cyrk w latach 80. Bomby dymne, tabloidowa tajemnica, czarne maski, gumowe gwiazdki i mężczyźni szepczący o śmiertelnych dotykach z uroczystą intensywnością kogoś, kto z pewnością nie potrafi wbiec po schodach. Ale Stephen K. Hayes jest jednym z powodów, dla których ta cała zachodnia fascynacja w ogóle się pojawiła, a To-Shin Do to, co przyszło później, po spektaklu, po książkach, po pielgrzymkach do Japonii, po długim cieniu Masaakiego Hatsumiego i Bujinkanu, po tym, jak pytanie stało się mniej „jak zostać ninja?”, a bardziej „jak zbudować nowoczesną ścieżkę sztuk walki ze starego materiału, nie zamieniając jej ani w muzeum, ani w żart?”. Hayes nie obudził się po prostu pewnego ranka w 1997 roku, nie przybrał sprytnej miny i nie wymyślił „nowego starożytnego stylu”, co byłoby strasznie wygodne i cudownie podejrzane. Poważniejsza wersja jest znacznie bardziej złożona. Według jego oficjalnej biografii i historii sztuki, zaczął trenować sztuki walki w Tang Soo Do podczas studiów, podróżował do Japonii w 1975 roku, trenował pod okiem Masaakiego Hatsumiego w Noda i spędził lata zanurzony w tym, co świat Bujinkanu przedstawiał jako tradycje ninja i samurajów związane z dziewięcioma historycznymi szkołami. Stał się jednym z kluczowych zachodnich propagatorów tego materiału, zwłaszcza poprzez swoje książki i seminaria, a kiedy To-Shin Do zostało formalnie nazwane w 1997 roku przez Stephena i Rumiko Hayesów jako Kasumi-An To-Shin Do, nie był outsiderem próbującym sprzedawać tajemnicę z dystansu. Był człowiekiem, który już pomógł spakować i wyjaśnić ninjutsu z epoki Hatsumiego anglojęzycznemu światu. To ma znaczenie. Nie sprawia to, że każde późniejsze twierdzenie jest automatycznie święte, bo tak rodzą się kulty i złe dokumenty, ale oznacza to, że nie mogę odrzucić tej sztuki jako czegoś przypadkowo wymyślonego przez kogoś z broszurą marketingową i zamiłowaniem do japońskiej kaligrafii. Korzenie są. Pytanie brzmi, co z nimi zrobił.

A to, co zrobił, czy się to komuś podoba, czy nie, to modernizacja. Spojrzał na stary trening, japońską pedagogikę, odziedziczone kata, broń, mechanikę ciała, duchowe słownictwo, modele żywiołów, całą głęboką szafę tradycji i zapytał, czego tak naprawdę potrzebuje zachodni uczeń w pierwszej kolejności. Nie po dwudziestu latach. Nie wtedy, gdy stał się pięknie enigmatycznym seniorem, który potrafił wszystko wyjaśnić, mówiąc „po prostu to poczuj”, podczas gdy początkujący cicho umierał w środku. W pierwszej kolejności. Na początku. W pierwszym roku. W prawdziwym życiu. Przeciwko prawdziwym współczesnym atakom. Przeciwko pchnięciom, chwytom, ciosom, obaleniom, nożom, wielu napastnikom, strachowi, zamieszaniu, zamarciu, presji społecznej i temu wyjątkowo współczesnemu gatunkowi idioty, który uważa, że przemoc jest cechą osobowości. Dlatego uważam podejście To-Shin Do za tak irytująco trudne do odrzucenia. Nie mówi ono po prostu „stare sposoby są starożytne, a zatem dobre”, co jest argumentem, który zazwyczaj słyszy się od ludzi, którzy wierzą również, że meble były lepsze, gdy dawały drzazgi. Mówi, że zasady są stare, owszem, ale prezentacja musi odpowiadać uczniowi stojącemu teraz przede mną. Oficjalne materiały To-Shin Do ciągle powtarzają tę ideę w różnych formach: to nie ma być pseudowojskowa fantazja ani teatr superbohaterów; ma być pragmatyczne, ugruntowane i zorganizowane wokół nowoczesnej samoobrony. Mogę to szanować. Mogę też to kwestionować. Mogę robić obie rzeczy jednocześnie, co może zszokować internet, ale tak właśnie jest.

Program techniczny zbudowany jest wokół progresji, która wykorzystuje pięć żywiołów – ziemię, wodę, ogień, wiatr i pustkę – nie tylko jako ładne etykietki, ale jako stany psychologiczne i taktyczne. Uwielbiam to, częściowo dlatego, że jest to eleganckie, a częściowo dlatego, że irytuje to typ ludzi, którzy uważają, że jedynym słusznym słownictwem sztuk walki jest „rozwal go, bracie”. Ziemia to nie tylko kolor pasa czy mistyczny nastrój. To ugruntowanie, struktura, waga, stabilność, postawa, prawo do zajmowania przestrzeni, odmowa bycia mentalnie zdmuchniętym, zanim walka w ogóle się zaczęła. Woda to adaptacja, kątowanie, praca nóg, dystansowanie, wybór celu, zdolność do przestania być upartą cegłą i stania się czymś, co porusza się wokół nacisku. Ogień to inicjatywa, przechwytywanie, bezpośredniość, wyczucie czasu, ostra decyzja o wejściu, zanim sytuacja skończy pisać twój nekrolog. Wiatr to unikanie, wytrącanie z równowagi, znikanie z linii siły, wykorzystywanie ruchu i wyczucia czasu przeciwko sile, co jest przydatne, jeśli ktoś nie jest zbudowany jak lodówka z nierozwiązaną złością z dzieciństwa. Pustka jest najtrudniejsza do wyjaśnienia, nie brzmiąc jak człowiek sprzedający kadzidła obok kryształowej czaszki, ale w najlepszym wydaniu oznacza integrację, spontaniczność, twórczą reakcję, miejsce, w którym technika przestaje być zapamiętaną odpowiedzią i staje się zachowaniem.

Taka jest przynajmniej obietnica. Czy każde dojo spełnia tę obietnicę, to inna sprawa, i nie jestem na tyle naiwny, by sądzić, że piękny program nauczania automatycznie tworzy wykwalifikowanych ludzi. Papierowe stopnie nigdy nie powstrzymały pięści. Zazwyczaj tylko dają jej coś oficjalnego, na czym może wylądować. Mimo to, projekt ma spójność. Obecne publiczne materiały To-Shin Do Online opisują ścieżkę od białego pasa do faz żywiołów – żółty dla ziemi, niebieski dla wody, czerwony dla ognia, zielony dla wiatru, brązowy dla pustki – a następnie egzamin na czarny pas osobiście, podczas gdy starsze dokumenty rankingowe NinjaSelfDefense pokazywały bardziej szczegółowy, ziarnisty system z paskami, stopniami kyu, stopniami dan i tytułami seniorów. Ta różnica jest warta zauważenia, ponieważ tradycje lubią udawać, że są stałe, ale organizacje ewoluują. Starsze dokumenty ujawniają również coś użytecznego na temat logiki sztuki: żywioły nie są dekoracyjną tapetą. Strukturyzują one sposób, w jaki uczeń uczy się poruszać, myśleć, wybierać i regenerować się.

Na białym pasie publiczne materiały z podręcznika nie dotyczyły dryfowania przez starożytne kata, udając, że średniowieczny szermierz zaraz wyskoczy zza śmietników w Tesco. Chodziło o postawy obronne, głos, wyznaczanie granic, uderzenia dłońmi, kolana, kopnięcia w piszczele, uderzenia piętą, ucieczki z chwytów, przewroty w tył i na boki, ruch na ziemi oraz naukę relacji między tori i uke z wystarczającą kontrolą, aby partnerzy treningowi nie stali się cotygodniową ofiarą dla bogów niekompetencji. To też mi się podoba. „Przestań.” „Odsuń się.” To nie są efektowne słowa. Nie wyglądają dobrze na plakacie filmowym. Ale głos to technika. Postawa to technika. Dystans to technika. Decyzja, by nie zamarznąć, to technika. Zdolność do powiedzenia „nie” ciałem, zanim ręka będzie musiała powiedzieć to mocniej, to technika. Wielu artystów sztuk walki zbiera skomplikowane odpowiedzi na pytania, których nikt w ciemnej uliczce nie zada. To-Shin Do przynajmniej próbuje zacząć od pytań, z którymi ludzie są bardziej skłonni się zmierzyć. Pchnięcie. Dziki cios. Chwyt z boku. Ktoś za tobą. Ktoś zbyt blisko. Ktoś sprawdzający, czy jesteś ofiarą. Ktoś uzbrajający zaskoczenie. Ktoś mylący twoją uprzejmość z pozwoleniem. To ostatnie, nawiasem mówiąc, zasługuje na własny czarny pas.

To, co odróżnia To-Shin Do od bycia po prostu kolejnym programem samoobrony, to fakt, że Hayes nie usunął całkowicie starej symboliki. Zachował japońską ramę, ukłony, mundury, broń, język rodowodu, odniesienia do historycznych materiałów ninja i samurajów, ideę dziewięciu szkół źródłowych odziedziczonych przez świat Hatsumiego/Bujinkanu oraz koncepcje duchowe, które ukształtowały jego własną ścieżkę. Odszedł również od prezentowania swojego systemu jako klasycznego treningu Bujinkan. To jest napięcie. To nie jest czysta konserwacja. To nie są czyste nowoczesne sztuki walki. To jest most, a mosty denerwują ludzi po obu stronach rzeki. Tradycjonaliści mogą powiedzieć, że zbyt wiele rzeczy przestawia, zmiękcza przekaz, zmienia wczesne priorytety i zastępuje stary sposób nauki czymś zbyt dostępnym, zbyt zachodnim, zbyt opakowanym. Nowocześni puryści samoobrony mogą powiedzieć, że nadal zawiera zbyt wiele rytuału, zbyt wiele struktury stopni, zbyt wiele filozofii, zbyt wiele japońskiej estetyki, zbyt wiele staroświeckiego romansu dla tematu, który powinien być testowany pod presją i sprowadzony do podstaw. Myślę, że obie krytyki mają sens. Myślę też, że obie mogą stać się leniwe.

Strona Bujinkan publicznie eksponuje Masaakiego Hatsumiego, hombu i dziewięć ryūha jako historyczny przekaz. To-Shin Do mówi, w efekcie: dziedziczę zasady z tego świata, ale decyduję się nauczać ich inaczej, ponieważ moi uczniowie potrzebują innych drzwi. To odważny ruch. To także niebezpieczny ruch, ponieważ w momencie, gdy mówię „adaptuję tradycję”, muszę zaakceptować ciężar udowodnienia, że adaptacja nie stała się rozcieńczeniem noszącym ładniejszy pas. Hayes wydaje się tego świadomy. W swoich własnych pismach, w tym w swoich refleksjach na temat wizyt u Hatsumiego i swoich postach na temat zmiany japońskich metod nauczania dla zachodnich uczniów, przedstawia To-Shin Do jako niezbędną zmianę w pedagogice, a nie odrzucenie korzeni. Twierdzi, że początkujący, który chce realistycznej samoobrony, może nie potrzebować zaczynać od tych samych klasycznych ćwiczeń kondycyjnych lub odziedziczonych form, które byłyby podkreślane w innym kontekście. Mówi nawet, że materiały takie jak San-Shin i Kihon Happo mają wartość, ale niekoniecznie należą do drzwi wejściowych dla współczesnego początkującego. To prawie herezja w niektórych kręgach, co oczywiście czyni to bardziej interesującym. Ludzie sztuk walki uwielbiają tradycję, dopóki ktoś nie zapyta, czy kolejność nauczania jest faktycznie skuteczna. Wtedy nagle wszyscy stają się średniowiecznymi archiwistami z kopnięciem w krocze.

Filozoficzna strona To-Shin Do jest jeszcze bardziej prowokacyjna, ponieważ odmawia oddzielenia samoobrony od samorozwoju. Wiem, że to wyrażenie może brzmieć jak coś wydrukowanego na broszurze z rekolekcji wellness, prawdopodobnie obok zdjęcia kogoś medytującego na skale, podczas gdy jego konto bankowe cicho wyparowuje. Ale w tym przypadku ma ono treść, a przynajmniej ustrukturyzowaną próbę treści. Hayes dzieli nazwę na To, Shin i Do: fizyczną strategię i metodę, serce lub intencję stojącą za działaniem oraz ścieżkę, która przekształca praktykującego. Łączy sztukę z ninpo taijutsu, z kuji i praktykami ukierunkowania intencji związanymi z Shugendo, z Mikkyo i buddyzmem ezoterycznym pod wpływem Tendai, oraz z jego późniejszym zaangażowaniem w materiały związane z tybetańską Wadżrajaną. Jego oficjalna biografia mówi, że przyjął inicjację Shugendo w 1987 roku i śluby Bodhisattwy u Dalajlamy w 1999 roku, a jego szersza praca poprzez Blue Lotus Assembly pokazuje, że nie traktował medytacji jako dekoracyjnej przystawki. Czy ktoś akceptuje wszystkie jego duchowe interpretacje jako historycznie czyste, to inna sprawa. Nie muszę udawać, że każde symboliczne wyjaśnienie jest faktem akademickim, aby docenić to, co robi. Tradycje założycielskie często używają etymologii, mitów, rytuałów i struktury symbolicznej do kodowania zachowań. To-Shin Do robi to otwarcie. Mówi, że to, jak walczę, nie może być oddzielone od tego, dlaczego walczę, a dlaczego walczę, nie może być oddzielone od tego, jakim człowiekiem się staję. To nie jest miękkie. To jest przerażająco praktyczne. Osoba z umiejętnościami i bez kręgosłupa etycznego nie jest wojownikiem; jest problemem prawnym z pracą nóg.

Starsze materiały dotyczące To-Shin Do wspominają o takich rzeczach, jak kredo poszukiwacza, kodeks świadomego działania, samorealizacja, zanshin, kiai, świadoma obecność i etyka wojownika. Znowu, ludzie mogą drwić. Zazwyczaj to robią. Drwienie jest tańsze niż trening. Ale wolałbym, żeby system samoobrony pytał uczniów, kim się stają, niż patrzeć, jak kolejne pokolenie adeptów sztuk walki myli zastraszanie z pewnością siebie. Jest różnica między byciem niebezpiecznym a byciem użytecznym. Jest też różnica między byciem spokojnym a byciem nieszkodliwym, i podejrzewam, że To-Shin Do żyje właśnie w tej niewygodnej dychotomii. Cały system zdaje się mówić: nie trenuję po to, żeby dominować nad ludźmi; trenuję po to, żeby nie dać się zdominować strachowi, przemocy, fantazji czy moim własnym najgorszym instynktom. To bardziej dojrzała idea niż kreskówkowe bzdury o ninja, a także trudniejsza do sprzedania, ponieważ dojrzałość ma fatalny marketing.

To, co uważam za szczególnie przekonujące, to sposób, w jaki pięć elementów staje się mapą osobowości pod presją. Ziemia pyta mnie, czy potrafię utrzymać swoją pozycję, nie zamieniając się w bryłę. Woda pyta, czy potrafię się dostosować, nie załamując się. Ogień pyta, czy potrafię działać zdecydowanie, nie stając się lekkomyślnym. Wiatr pyta, czy potrafię unikać, nie stając się tchórzliwym. Pustka pyta, czy potrafię przestać kurczowo trzymać się planu, gdy rzeczywistość radośnie go podpaliła. To jest filozofia sztuk walki, której mogę używać poza dojo. W konflikcie, pisaniu, związkach, strachu, żałobie, publicznej krytyce, a nawet w cichej przemocy codziennych wątpliwości, te elementarne pytania wciąż się pojawiają. Czy potrafię się zakorzenić? Czy potrafię płynąć? Czy potrafię wejść? Czy potrafię zniknąć? Czy potrafię tworzyć? Brzmi to dramatycznie, dopóki nie przypomnę sobie, że większość życia to po prostu walka bez uprzejmości ukłonu.

Historyczna tradycja stojąca za To-Shin Do jest skomplikowana, a ja wolę rzeczy skomplikowane, ponieważ proste historie zazwyczaj mnie okłamują. Związek Hayesa z Hatsumim i Bujinkanem jest kluczowy. Bujinkan Hatsumiego publicznie przedstawia się jako nośnik dziewięciu historycznych szkół, a Hayes był jednym z najbardziej znanych zachodnich uczniów związanych z tym światem. Los Angeles Times pisał o Hatsumim i Hayesie w 1988 roku podczas amerykańskiego boomu ninjutsu, Black Belt traktował Hayesa jako kluczową postać w narodzinach amerykańskiego fenomenu ninja, a artykuł Tricycle z 1994 roku „Blade Over the Heart” pokazał go już łączącego rytuały walki, praktyki buddyjskie, pracę ochronną i interpretację duchową, zanim To-Shin Do zostało formalnie nazwane. Te źródła są ważne, ponieważ pokazują, że To-Shin Do nie pojawiło się znikąd. Wyrosło z konkretnego momentu historycznego: zachodniego głodu azjatyckiej tajemnicy sztuk walki, tłumaczenia japońskiego budō na amerykańskie i europejskie sale treningowe, powstania i zażenowania szałem na ninja, oraz własnej próby Hayesa, by przekształcić tę energię w spójną ścieżkę, a nie w bal przebierańców z dźwigniami. Jestem bezczelny, ale tylko trochę. Lata 80. zrobiły wiele ze sztukami walki. Niektóre z nich były cudowne. Niektóre powinny zostać pochowane w płytkim grobie za wypożyczalnią VHS. To-Shin Do, w swojej najlepszej formie, wygląda jak próba Hayesa, by uratować użyteczne, etyczne i transformujące elementy z teatralnego wraku. Szanuję operację ratunkową, gdy statek był coś wart, zanim uderzył w skały.

Oczywiście, nie chcę tego romantyzować. To-Shin Do ma wokół siebie uzasadnione pytania. Ile z języka historycznej linii rodowej należy odczytywać jako ścisłą transmisję historyczną, a ile jako odziedziczoną tradycję przefiltrowaną przez współczesną interpretację? Ile testów pod presją odbywa się w zwykłych szkołach? Czy nauka online pomaga w dostępności, czy ryzykuje stworzenie fałszywej pewności siebie? Czy ustrukturyzowany program nauczania oparty na elementach pogłębia zrozumienie, czy nadmiernie pakuje coś, co powinno pozostać bardziej płynne? To nie są wrogie pytania. To są pytania dorosłych. Każda sztuka walki warta praktykowania powinna przetrwać pytania dorosłych. Jeśli system załamuje się w momencie, gdy ktoś prosi o dowody, jakość treningu, jasność historyczną lub praktyczne testy, to być może był to mniej sztuka walki, a bardziej pachnąca świeca z pracą nóg. To-Shin Do nie potrzebuje ślepych obrońców. Potrzebuje uczciwych praktyków. Znacznie bardziej interesuje mnie osoba, która mówi: „To jest nasze roszczenie do linii rodowej, to jest nasza współczesna adaptacja, to jest to, co możemy udowodnić, to jest to, co interpretujemy, tak trenujemy pod presją, tutaj wciąż musimy się poprawić”, niż osoba, która zaczyna syczeć o sekretach w momencie pojawienia się kontroli. Sekrety mają swoje miejsce. Stanowią też doskonałe zasłony dla nonsensu.

Lepsze źródła są wystarczająco jasne co do głównej historii: Hayes trenował z Hatsumim, stał się ważną postacią zachodniego ninjutsu, założył To-Shin Do z Rumiko Hayes w 1997 roku, ujął je jako współczesną adaptację starszych zasad ninja i samurajów, zbudował program nauczania wokół współczesnej samoobrony i pięciu elementów, oraz zintegrował etyczno-duchowy rozwój poprzez buddyjskie, shugendō, mikkyō i pokrewne wpływy kontemplacyjne. To już jest fascynujące bez dodawania maszyn do dymu. Same techniki, przynajmniej w publicznie dostępnych materiałach programowych, nie są przedstawiane jako magiczne. Są to mechanika ciała, wyczucie czasu, kątowanie, uderzanie, unikanie, łamanie równowagi, ukemi, komendy werbalne, gotowość psychologiczna, świadomość broni i progresywny trening partnerski. Sztuka zachowuje historyczną broń i kata, ale Hayes argumentował, że taki materiał powinien służyć współczesnemu praktykującemu, a nie więzić go w antycznej choreografii. Podoba mi się to sformułowanie w duchu, nawet jeśli bym je jeszcze bardziej wyostrzył: historia powinna być nauczycielem, a nie strażnikiem więziennym.

Kiedy patrzę na To-Shin Do przez ten pryzmat, widzę sztukę próbującą odpowiedzieć na trzy pytania jednocześnie. Czy mogę chronić siebie i innych przed współczesną przemocą? Czy mogę pozostać w kontakcie ze starszymi japońskimi zasadami sztuk walki, nie udając, że żyję w feudalnej Japonii? Czy mogę pozwolić, by trening uczynił mnie bardziej świadomym, etycznym, odpornym i ludzkim, a nie tylko trudniejszym do obrabowania? To trzecie pytanie najbardziej mnie interesuje. Każdy może nauczyć się mocniej uderzać. Nie każdy uczy się, kiedy nie uderzać. Nie każdy uczy się, jak strach zniekształca percepcję, jak ego eskaluje niebezpieczeństwo, jak wstyd sprawia, że ludzie zamierają, jak duma zamienia sytuację do przeżycia w formularz szpitalny. Filozofia To-Shin Do, traktowana poważnie, odmawia traktowania tych kwestii jako pobocznych. Traktuje umysł, intencje i etykę jako centralne. W świecie pełnym ludzi desperacko pragnących być postrzeganymi jako niebezpieczni, to jest niemal buntownicze. Prawdziwy bunt to nie ubieranie się na czarno i szeptanie o cieniach. Prawdziwy bunt to odmowa pozwolenia, by przemoc decydowała o kształcie twojej duszy.

Zdaję sobie sprawę, że brzmi to górnolotnie, ale sztuki walki powinny od czasu do czasu ryzykować górnolotność. W przeciwnym razie płacimy tylko miesięczne opłaty za pocenie się w pomieszczeniach. Podziwiam również to, że To-Shin Do otwarcie stawia na dostępność. Obecna platforma internetowa pozwala ludziom rozpocząć trening, nawet jeśli nie mają lokalnej szkoły, jednocześnie wymagając partnerów i osobistych testów dla poważniejszych stopni. Jest tam oczywiście pewne napięcie. Nigdy nie chciałbym, aby ktoś pomylił naukę wideo solo z pełną zdolnością bojową. Ekran nie oddaje ciosów, co jest zarówno jego główną wadą, jak i dla niektórych jedynym urokiem. Ale dostępność ma znaczenie. Nie każdy mieszka w pobliżu dobrego dojo. Nie każdy może wejść do tradycyjnej sali treningowej, nie czując się jak outsider. Nie każdy chce spędzać pierwszy rok na słuchaniu, że zamieszanie buduje charakter. Ustrukturyzowany program nauczania może być łaską. Może też stać się zbyt uporządkowany. To jest właśnie równowaga. Jeśli To-Shin Do utrzymuje studentów w szczerości co do różnicy między nauką ruchu a zastosowaniem ruchu pod presją, to dostęp online może być drzwiami. Jeśli nie, może stać się fantazją z szerokopasmowym internetem. Ponownie, dorosłe pytania. Konieczne pytania. Nieco niewygodne, jak większość pożytecznych rzeczy.

Nie akceptuję leniwego szyderstwa, które mówi, że wszystko, co zawiera język duchowy, musi być fałszywe, albo wszystko, co zmodernizowane, musi być płytkie, albo wszystko, co związane z ninjutsu, musi być śmieszne. To intelektualne lenistwo przebrane za twardość. Japońskie tradycje sztuk walki zawsze się zmieniały. Przekaz zawsze wiązał się z interpretacją. Nawet „autentyczność” nie jest martwym obiektem; to relacja między źródłem, nauczycielem, uczniem, kontekstem i celem. To-Shin Do może nie być koryū w ścisłym klasycznym sensie i nie nazwałbym go klasyczną japońską ryūha. Nazwałbym je nowoczesną sztuką walki ukształtowaną przez założyciela, wywodzącą się z treningu Hayesa z epoki Bujinkan i rozszerzoną poprzez jego własne priorytety techniczne, pedagogiczne i duchowe. Ten opis jest mniej romantyczny, ale bardziej szczery. I szczerze mówiąc, szczerość ma lepszą postawę.

Nie potrzebuję, żeby To-Shin Do było starożytne, żeby traktować je poważnie. Potrzebuję, żeby było jasne, czym jest. Potrzebuję, żeby historia była uznana, tradycja szanowana, adaptacja przyznana, techniki uczciwie trenowane, filozofia przeżywana, a nie recytowana, i humor na tyle suchy, żeby nikt nie zaczął uważać się za mesjasza wojownika cienia. W sztukach walki zawsze istnieje niebezpieczeństwo, gdy estetyka staje się ważniejsza niż rezultat. Istnieje również niebezpieczeństwo, gdy rezultat jest zbyt wąsko definiowany jako jedynie „czy mogę wygrać walkę?”. Wygranie walki i stanie się przyzwoitym człowiekiem to nie ten sam projekt. Czasami się pokrywają. Czasami spoglądają na siebie z przeciwnych stron dojo. Odwaga To-Shin Do polega na tym, że próbuje je zmusić do rozmowy. Uważam, że warto o tym dyskutować. Uważam, że warto bronić tego przed tanimi atakami i warto rzucać temu wyzwanie poważnymi. Uważam, że warto na to patrzeć nie jako na doskonały system, bo takie nie istnieją, ale jako na żywy eksperyment w tłumaczeniu. Od Japonii Hatsumiego do Ameryki Hayesa. Od dziewięciu odziedziczonych szkół do zorganizowanego nowoczesnego programu nauczania. Od kata do scenariusza. Od symboliki miecza-serca-ścieżki do komend głosowych na parkingu. Od ziemi do pustki. Od strachu do działania. Od działania do odpowiedzialności. To nie jest mały łuk.

To jest cała argumentacja na temat tego, czym mogą być sztuki walki, gdy przestają próbować imponować umarłym, a zaczynają pomagać żywym.

Opieram tę refleksję na źródłach, którym najbardziej ufam z moich badań: oficjalnej biografii Stephena K. Hayesa i materiałach historycznych To-Shin Do, FAQ i stronach treningowych To-Shin Do Online, starszych informacjach o stopniach NinjaSelfDefense i plikach PDF z podręcznikiem dla białego pasa, własnych pismach Hayesa, takich jak „Masaaki Hatsumi Visit”, „Moving Like a Ninja”, „Dual Approach to a Common Value”, „Why Do We Not Use San-Shin and Kihon Happo?” i „An-shu Defined”, publicznych materiałach Bujinkan identyfikujących Masaakiego Hatsumiego i ramy dziewięciu szkół, notatce z Los Angeles Times z 1988 roku łączącej Hayesa i Hatsumiego w amerykańskim momencie ninjutsu, artykule Tricycle z 1994 roku „Blade Over the Heart”, retrospektywie Black Belt „Timing the Shadow”, książce Johna Donohue „Warrior Dreams” dla szerszego kontekstu amerykańskiej kultury sztuk walki, oraz „Defensive Tactics for Today’s Law Enforcement” Hayesa i Niehausa jako użytecznym porównaniu, jak zasady wywodzące się od Hayesa pojawiają się w bardziej utylitarnym kontekście taktyk obronnych. Wspominam o tych źródłach, ponieważ nie interesuje mnie udawanie, że to tylko nastrój, który miałem po obejrzeniu filmu o ninja i wypiciu zbyt ambitnej kawy.

Dowody dają mi bogatszy obraz, a ten bogatszy obraz jest taki: To-Shin Do to nie tylko Bujinkan z nową etykietą, nie tylko samoobrona z japońskimi dekoracjami i nie tylko duchowy teatr z dźwigniami na nadgarstki. To świadomie nowoczesna ścieżka zbudowana przez człowieka, który pomógł sprowadzić ninjutsu na Zachód, a następnie zdecydował, że zachodni studenci potrzebują innej mapy. Czy ta mapa doprowadzi kogoś do prawdziwych umiejętności, zależy, jak zawsze, od nauczyciela, presji treningowej, uczciwości ucznia i gotowości do poddania romansu próbie rzeczywistości. Rzeczywistość jest taka niegrzeczna. Nie obchodzi jej, jak elegancki jest mój rodowód. Obchodzi ją, czy potrafię się poruszać, oddychać, myśleć, chronić, regenerować i działać, nie stając się tym, czemu rzekomo się sprzeciwiam. To, dla mnie, jest ostrą krawędzią To-Shin Do. Nie maska. Nie mit. Nie marketing. Wymóg, aby technika, historia i filozofia spotkały się w ciele i udowodniły swoją wartość pod presją. A jeśli to sprawia, że kilku purystów czuje się niekomfortowo, to dobrze. Komfort zrujnował więcej sztuk walki niż jakakolwiek krytyka.