Shindō Yōshin-ryū

Oryginalny esej

Stare tradycje sztuk walki mają w sobie coś cudownie niewygodnego. Odmawiają zachowywania się tak, jak chcieliby tego współcześni ludzie. Nie przybywają schludnie zapakowane, uśmiechające się uprzejmie, ubrane w markowy rashguard, dzierżące certyfikat i tłumaczące się trzema motywacyjnymi cytatami o dyscyplinie, szacunku i stawaniu się swoją najlepszą wersją. Stare tradycje są bardziej chaotyczne niż to. Wynikają z krwi, polityki, złamanych lojalności, utraconego statusu, posiniaczonych ciał, linii rodowych, częściowo zachowanych dokumentów i mężczyzn, którzy trenowali, ponieważ porażka nie była po prostu złym dniem w dojo. Porażka oznaczała ostrze w żebrach, kulę z muszkietu w plecach, albo ciche, małe upokorzenie, jakim było odkrycie, że technika, którą czciłeś, była w większości dekoracyjnym nonsensem. Urocze, prawda?

To jeden z powodów, dla których Shindō Yōshin-ryū mnie fascynuje. Nie dlatego, że jest efektowne. Nie dlatego, że to ten rodzaj rzeczy, który sprawia, że przypadkowi widzowie klaszczą jak wytresowane foki po obejrzeniu ładnego rzutu na wideo. Jest fascynujące, ponieważ znajduje się na brutalnym historycznym rozdrożu. Należy do tego niewygodnego momentu, kiedy Japonia nie była już starą Japonią, ale jeszcze nie nowoczesną Japonią, i każdy, kto miał miecz, rodowód lub wygórowane poczucie trwałości, musiał odkryć, że historia nie dba o to, jak pięknie wypolerowana jest twoja tożsamość. Historia wchodzi, wyważa drzwi i mówi: „Bardzo ładna tradycja. A teraz przeżyj.”

Shindō Yōshin-ryū, 神道楊心流, jest zazwyczaj tłumaczone jako coś w rodzaju „szkoły boskiego ducha wierzby”, choć nawet ta nazwa ma swoją własną historię, ponieważ pierwotnie zapis niósł ze sobą sens „szkoły nowego ducha wierzby”. Ta zmiana ma znaczenie. Słowa mają znaczenie. Kanji ma znaczenie. Każdy, kto twierdzi inaczej, prawdopodobnie nigdy nie musiał spierać się z historią, językiem i grupą ludzi sztuk walki w tym samym pomieszczeniu. Niech bogowie ich chronią. Szkoła została założona w 1864 roku przez Katsunosuke Matsuokę, samuraja związanego z klanem Kuroda, i już sama ta data powinna sprawić, że ludzie trochę się ożywią. 1864. Nie jakaś mglista, niejasna fantazja o „starożytnym samurajskim sekrecie” z mitycznej epoki wygodnie zbywalnych mnichów-wojowników. To późne Edo. To tuż przed tym, jak stary porządek pęka w szwach. To epoka, w której mężczyźni trenowali w odziedziczonych systemach, podczas gdy świat wokół nich przygotowywał się do uczynienia tych systemów politycznie niezręcznymi, militarnie wątpliwymi i ekonomicznie niewygodnymi.

Matsuoka nie był jakimś pustym marzycielem, który wymyślał styl, bo chciał mieć swoje imię na zwoju. Miał za sobą poważne szkolenie. Posiadał wiedzę z kilku linii, w tym Tenjin Shin’yō-ryū, Totsuka-ha Yōshin-ryū, Jikishinkage-ryū, Hokushin Ittō-ryū oraz pracy włócznią związanej z Hōzōin. Ta kombinacja jest ważna, ponieważ Shindō Yōshin-ryū nie zostało zbudowane jako wąska, mała sztuczka salonowa. Nie było to tylko „złap nadgarstek, uprzejmie przekręć, udawaj, że atakujący zapomniał o istnieniu swojej drugiej ręki”. Zostało pomyślane jako bardziej zintegrowany system sztuk walki, sōgō bujutsu, łączący metody bez broni z zasadami opartymi na broni. I tu staje się to technicznie interesujące, ponieważ ludzie często mówią o jūjutsu tak, jakby oznaczało „miękką sztukę” w najbardziej płytki możliwy sposób, jakby wszyscy po prostu unosili się jak filozoficzne pranie na delikatnym wietrze. Nie. Miękkie nie oznacza słabe. Elastyczne nie oznacza niejasne. Wierzba ugina się, ponieważ zamierza się nie złamać. To zupełnie inna idea.

Obraz wierzby pojawia się raz po raz w tradycjach Yōshin, i ludzie uwielbiają go romantyzować, oczywiście, że tak. Brzmi ładnie. Dobrze wygląda w podpisie. Bardzo duchowe. Bardzo eleganckie. Dodaj mglisty las i nagle wszyscy czują się głęboko. Ale rzeczywista idea jest bardziej bezwzględna niż ładna. Wierzba przetrwa nacisk, odmawiając stawienia czoła sile w najgłupszy możliwy sposób. Ustępuje, przekierowuje, wraca, pułapkuje, ugina się, absorbuje, a potem sprawia, że przeciwnik żałuje swojego entuzjazmu. W Shindō Yōshin-ryū ta filozofia to nie tylko poezja. To mechanika ciała. To dystans. To wyczucie czasu. To ruchy unikowe. To uderzenia używane do zakłócania, a nie tylko do dekorowania powietrza. To kontrola struktury przeciwnika. To zrozumienie, że walka bez broni w kulturze broni nigdy nie jest naprawdę bez broni w duchu. Ciało uczy się od miecza, miecz kształtuje ciało, i nagle rzut nie jest już tylko rzutem. Staje się cięciem bez ostrza.

To właśnie mi się w tym podoba.

Nie schlebia współczesnemu ego.

Wielu współczesnych ludzi sztuk walki chce czystych kategorii. To jest judo. To jest karate. To jest jūjutsu. To jest kenjutsu. To jest samoobrona. To jest sport. To jest tradycja. To jest rzeczywistość. Urocze małe pudełka, ułożone schludnie, jakby czyjaś osobowość została zaaranżowana przez komitet. Ale starsze systemy nie zawsze dbają o nasze pudełka. Rozwijały się w środowiskach, gdzie kategorie nie służyły ułatwianiu tytułów na YouTube. Praktyk mógł potrzebować uderzać, rzucać, kontrolować, dobywać, ciąć, używać krótkiego ostrza, przetrwać przeciwko broni, walczyć w ograniczającym ubraniu, rozumieć postawę, rozumieć dystans, rozumieć psychologię ataku i, idealnie, nie umrzeć, wyglądając przy tym bardzo tradycyjnie. Shindō Yōshin-ryū mieści się w tej przestrzeni. To nie jest po prostu „stare jūjutsu”. Niesie głęboki wpływ broni w swoim ruchu. Jego waza są opisywane jako bardziej miękkie i bardziej pod wpływem broni niż niektóre z twardszych, bardziej bezpośrednich linii jūjutsu, które go zasilają, a to małe zdanie ma większe znaczenie, niż mogą sobie uświadomić przypadkowi czytelnicy.

Ponieważ mechanika ciała pod wpływem broni zmienia wszystko.

Osoba wyszkolona z mieczem nie porusza się jak ktoś, kto myśli tylko w kategoriach chwytania. Kąty stają się ostrzejsze. Wejście staje się mniej sentymentalne. Praca nóg ma znaczenie, bo linia ma znaczenie. Centrum ma znaczenie. Biodra mają znaczenie. Ręce nie błądzą w poszukiwaniu rękawa jak zagubieni turyści w Kioto. Tną przestrzeń. Zajmują przestrzeń. Odbierają przestrzeń. Kiedy szkoła ma kenjutsu w swoich kościach, nawet jej techniki bez broni niosą ten posmak. Można to poczuć w sposobie, w jaki ciało się obraca, w sposobie, w jaki nacisk jest przyjmowany i oddawany, w tym, jak linia przeciwnika jest łamana, a nie tylko stawiany jest jej opór.

I tak, wiem, to jest ten moment, w którym zazwyczaj ktoś wyskakuje z pytaniem: „Ale czy to działa w MMA?” Zawsze znajdzie się taki jeden. Zawsze znajdzie się ten dzielny mały klawiaturowy gladiator, który odkrył sporty walki i teraz uważa, że cała historia sztuk walki musi uklęknąć przed jego ulubionym zestawem zasad. Kocham sporty walki. Szanuję testowanie pod presją. Nie mam cierpliwości do fantastycznych sztuk walki. Ale pytanie, czy koryū działa „w MMA”, jest często jak pytanie, czy naginata nadaje się do parkowania równoległego. To pytanie mówi mi więcej o osobie pytającej niż o samej sztuce. Shindō Yōshin-ryū nie zostało stworzone do walk w klatce. Nie zostało stworzone dla punktów. Nie zostało stworzone dla współczesnych sędziów, kategorii wagowych, rękawic, czystych mat ani ludzi czekających, aż ktoś powie „hajime”, zanim rozpocznie się przemoc. To nie znaczy, że jest bezużyteczne. To znaczy, że służy innemu celowi.

Kontekst nie jest wymówką. Jest polem bitwy.

Matsuoka założył szkołę, ponieważ uważał, że wiele systemów jūjutsu z jego okresu zbytnio oddaliło się od praktyki zorientowanej na pojedynki i straciło swoją użyteczność wojskową. To dość mocne stwierdzenie. Mówi nam coś o środowisku sztuk walki późnego Edo. Jeszcze zanim modernizacja w pełni kopnęła stary porządek w zęby, już istniały obawy, że niektóre praktyki stały się zbyt wyspecjalizowane, zbyt dekoracyjne lub zbyt skoncentrowane na pojedynkach wyzwaniowych. Więc Matsuoka połączył to, co wiedział. Nie tylko zachował. On zrestrukturyzował. To jedna z uroczych ironii tradycyjnych sztuk walki. Wszyscy uwielbiają czcić zachowanie tradycji, ale wiele tradycji zostało stworzonych przez ludzi, którzy byli gotowi zmieniać rzeczy, ponieważ uważali, że samo zachowanie to za mało. Tradycja nie zawsze jest posłuszeństwem. Czasami tradycja zaczyna się od niebezpiecznej osoby mówiącej: „To nie jest wystarczająco dobre.”

To zdanie powinno być napisane nad połową drzwi dojo na świecie.

A potem historia zrobiła to, co robi najlepiej. Skomplikowała wszystko.

Matsuoka walczył po stronie Tokugawów podczas wojny Boshin i został ranny pod Toba-Fushimi. Podobno został postrzelony w plecy, przeżył, a później przyjął nazwisko rodowe swojej żony, Ishijima, aby ukryć swoją tożsamość w nowym klimacie politycznym. Jest w tym coś niemal boleśnie symbolicznego. Założyciel tradycji sztuk walki, związany ze starym porządkiem, ranny w wojnie, która pomogła pogrzebać ten świat, a następnie zmuszony do przeformowania własnego życia pod rządami, które patrzyły na ludzi takich jak on z podejrzliwością. Często mówimy o sztukach walki, jakby unosiły się ponad polityką, jakby były czystymi świątyniami dyscypliny nietkniętymi przez brzydotę władzy. Bzdura. Tradycje sztuk walki są przesiąknięte polityką. Kto kogo trenował, kto przeżył, kto stracił patronat, kto musiał uczyć prostych ludzi, kto zaadaptował się do judo, kto odmówił, kto wyemigrował, kto zachował zwoje, kto zginął na wojnie – to wszystko to polityka w stroju treningowym.

Po Restauracji Meiji Matsuoka zwrócił się ku medycynie i nastawianiu kości, otwierając klinikę w pobliżu swojego dojo. Ponownie, ten szczegół ma znaczenie. Te same ręce, które łamią, muszą również rozumieć, jak ciała są ze sobą połączone. Koryū często zachowywały metody leczenia, kappō i pokrewną wiedzę, nie dlatego, że próbowały brzmieć holistycznie dla broszury, ale dlatego, że wiedza o sztukach walki i wiedza o ciele były ze sobą splecione. Jeśli wiesz, jak uszkodzić staw, prawdopodobnie powinieneś rozumieć ten staw. Jeśli wiesz, jak zatrzymać oddech, przywróć oddech. Jeśli wiesz, gdzie ciało zawodzi, być może naucz się, jak się regeneruje. Jest w tym niewygodna szczerość. Współczesny marketing sztuk walki często oddziela przemoc od opieki, ponieważ jedno sprzedaje się lepiej niż drugie, w zależności od odbiorców. Starsze systemy nie zawsze miały ten luksus. Miały bardziej intymny związek z konsekwencjami.

Szkoła Matsuoki rosła. Jego dojo zyskało poważną reputację, z tysiącami uczniów, i był znany z pojedynków wyzwaniowych oraz z tego, że pozostawał niepokonany. Tego rodzaju reputacja pod koniec XIX wieku nie była budowana przez inspirujące posty na Facebooku, niestety dla nas wszystkich, którzy próbowaliśmy. Była budowana poprzez ciała, świadków, sieci kontaktów i brutalną małą ekonomię wiarygodności w sztukach walki. Jednak nawet silna reputacja nie mogła uchronić szkoły przed problemem, z którym w końcu mierzą się wszystkie tradycje: sukcesją.

Sukcesja to moment, w którym wiele sztuk walki staje się mniej romantycznych, a bardziej boleśnie ludzkich.

Matsuoka zmarł w 1898 roku, nie wyznaczając dojrzałego bezpośredniego spadkobiercy w prosty sposób, jakiego ludzie mogliby się spodziewać. Wcześniej, w 1895 roku, ustanowiono już strukturę, która podzieliłaby tradycję na ważne linie. Inose Motokichi został drugim mistrzem głównej linii, z założeniem, że wnuk Matsuoki, Tatsuo Matsuoka, ostatecznie przejmie prowadzenie, gdy będzie wystarczająco dorosły. W tym samym czasie Ohbata Shigeta, inny posiadacz menkyo kaiden, został upoważniony do oddzielenia się i nadzorowania własnej gałęzi. Tak więc już wtedy kształtowały się dwie przyszłości. Jedna, która dostosowałaby się pod presją nowoczesnego budō, zwłaszcza judo. Druga, która uparcie trzymałaby się starszych zasad sōgō bujutsu.

Uważam ten podział za fascynujący, ponieważ odzwierciedla samą Japonię.

Jedna gałąź się dostosowuje. Druga gałąź stawia opór.

I oba wybory mają swoją cenę.

Główna linia Inosego zbliżyła się do modelu judo Kodokan. Oznaczało to większy nacisk na shiai bez broni, większą zgodność z nową kulturą budō oraz redukcję lub modyfikację starszych, niebezpiecznych technik i zastosowań broni. Łatwo jest na to patrzeć z pogardą, a wierzcie mi, lubię sobie dobrze zadrwić, kiedy jest ku temu okazja. Ale powinniśmy być ostrożni. Okresy Meiji i Taishō nie były wygodnymi małymi erami muzealnymi, gdzie każdy mógł po prostu zachować starą przemoc, ponieważ współcześni entuzjaści pewnego dnia uznaliby ją za uroczą. Dawni samurajowie stracili status. Stare metody wojskowe stały się mniej istotne w obliczu nowoczesnej broni i zachodniej organizacji wojskowej. Nauczanie bezpieczniejszych, zmodernizowanych form miało praktyczny sens. Ludzie musieli przetrwać ekonomicznie. Tradycja jest szlachetna, dopóki miska ryżu nie jest pusta. Wtedy wszyscy nagle stają się bardzo kreatywni.

Więc tak, główna linia się dostosowała. Została pod wpływem judo. Zmieniła się. Niektóre stare elementy zostały zredukowane. Niektóre zostały porzucone. Niektóre prawdopodobnie zostały złagodzone do form, które mogły przetrwać publiczną praktykę i akceptację instytucjonalną. To niekoniecznie jest zdrada. Czasami to jest selekcja.

Ale potem jest linia Ohbaty.

Ohbata Shigeta jawi mi się jako postać, którą z natury rzeczy uważam za interesującą, co zazwyczaj oznacza, że był prawdopodobnie trudny, uparty i niezbyt zachwycony nowoczesnymi trendami. Mój ulubiony rodzaj historycznego bólu głowy. Pochodził z dawnego rodu samurajskiego, był wykształcony, pracował jako pisarz dla gazety i kultywował klasyczne nauczanie budō, pomimo środowiska, które stawało się coraz bardziej obojętne lub podejrzliwe wobec takich rzeczy. Podczas gdy główny nurt skłaniał się ku modernizacji, Ohbata-ha trzymała się bliżej starszego, zintegrowanego programu nauczania. To był ryzykowny wybór. Zachowało więcej, owszem, ale zachowanie bez wsparcia może stać się powolną formą głodowania. Romantyczne, być może. Praktyczne? Kwestia sporna. Historia nie zawsze nagradza człowieka zasad. Czasem nagradza tego, który potrafi się dostosować. Czasem zabija oboje i zostawia biurokratę, by napisał raport.

Druga wojna światowa niemal zniszczyła linię Ohbata. Hideyoshi Ohbata, syn Shigety, zginął na Saipanie w 1944 roku. Shigeta formalnie wyznaczył swojego młodego wnuka Yukiyoshiego na następcę i wysłał go z Tokio w bezpieczne miejsce. Następnie sam Shigeta zginął podczas nalotu dywanowego na Tokio w 1945 roku, a dojo Eibukan zostało zniszczone. Przeczytaj to jeszcze raz, powoli, bez upiększającej mgiełki, którą lubimy otaczać japońską historię sztuk walki. Linia przetrwała nie dlatego, że historia ją kochała, ale dlatego, że dziecko zostało wysłane w bezpieczne miejsce, zanim ogień pochłonął miasto. To nie jest legenda. To przetrwanie na włosku.

Bardzo cienka nić.

I ta nić ostatecznie zaprowadziła daleko poza Japonię.

Yukiyoshi Obata, później znany pod nazwiskiem Takamura, kontynuował trening pod okiem Namishiro Matsuhiro, którego wiedza pomogła zachować program nauczania broni Ohbata-ha. Później Yukiyoshi przeniósł się najpierw do Sztokholmu w latach 50., a następnie do Kalifornii w latach 60. W 1968 roku założył to, co stało się Takamura-ha Shindō Yōshin Kai. Teraz zatrzymaj się na chwilę i doceń niezwykłość tej podróży. System sztuk walki z późnego okresu Edo, zrodzony z samurajskiego założyciela niezadowolonego z wojskowej użyteczności współczesnego jūjutsu, zraniony upadkiem świata Tokugawów, podzielony przez modernizację, niemal wypalony w Tokio, następnie przeniesiony przez Szwecję i Amerykę do małej międzynarodowej organizacji. Gdyby fikcja to wymyśliła, jakiś recenzent nazwałby to nierealistycznym. Historia, jak zwykle, nie ma manier.

Takamura-ha jest dziś prawdopodobnie najbardziej znaną aktywną formą zachowania Shindō Yōshin-ryū na arenie międzynarodowej. Jej siedziba mieści się w Evergreen w Kolorado, pod kierownictwem Toby'ego Threadgilla, który został globalnym liderem po śmierci Yukiyoshiego Takamury w 2000 roku i po tym, jak inni posiadacze menkyo kaiden wycofali się z aktywnego nauczania. Organizacja pozostaje mała jak na współczesne standardy, i szczerze mówiąc, uważam to za pocieszające. Nie wszystko, co wartościowe, musi stać się masowe. Nie każda tradycja musi zostać przekształcona w franczyzę z pasami dla dzieci, certyfikatami dla weekendowych wojowników i logo, które wygląda, jakby zostało zaprojektowane podczas sytuacji zakładniczej. Niektóre rzeczy powinny pozostać wymagające, wąskie i nieco niewygodne w dostępie. W ten sposób zachowują swoją esencję.

Program nauczania odzwierciedla tę klasyczną strukturę. Shindō Yōshin-ryū nie działa w oparciu o nowoczesny system kyu i dan, znany z karate, judo, aikido i tak dalej. Zamiast tego, wykorzystuje starsze etapy licencjonowania: shoden, chūden, jōden gokui, a ostatecznie menkyo kaiden. To samo w sobie zmienia psychologię treningu. System pasów może być użyteczny, ale także zaspokaja współczesny apetyt na widoczny postęp. Ludzie kochają widoczny postęp. Daj im kolor, pasek, certyfikat, zdjęcie, a nagle dusza jest usatysfakcjonowana na co najmniej sześć minut. System licencji jest inny. Nie zawsze jest uporządkowany. Oznacza przekaz, a nie prostą rangę. Nie pyta jedynie: „Czy potrafisz to wykonać?”, ale: „Czy to otrzymałeś? Czy potrafisz to udźwignąć? Czy można ci zaufać, że nie zamienisz tego w cyrkowy materiał?” Niemodne pytanie, wiem.

Poziom shoden obejmuje nauki taijutsu i buki, z kata, które podkreślają właściwy dystans, ruchy unikowe, uderzenia dezorganizujące i kontrolę ciała. To sformułowanie „uderzenia dezorganizujące” jest szczególnie ważne. Atemi w starszym jūjutsu jest często źle rozumiane przez współczesnych praktyków, którzy postrzegają uderzenia jako coś oddzielnego od chwytów. Ale w klasycznych systemach uderzenia są często narzędziem do złamania struktury, przerwania intencji, otwarcia linii, naruszenia równowagi i stworzenia momentu, w którym kontrola staje się możliwa. Nie zawsze chodzi o powalenie kogoś jak statysta filmowy, który uprzejmie zgodził się upaść na sygnał. Chodzi o to, by ciało przeciwnika odpowiedziało na pytanie, którego nie chciało usłyszeć.

Chūden staje się znacznie bardziej rozbudowany, z dużą liczbą kata taijutsu i kata broni, obejmujących daitō, shōtō, tantō, tetsubō, kogai, torinawa oraz walkę wręcz z bronią. Istnieją również odniesienia do kogusoku i katchū, co sugeruje zastosowania związane z pancerzem. To znowu ma znaczenie, ponieważ ludzie często wyobrażają sobie stare jūjutsu jako dwóch mężczyzn w piżamach, którzy uprzejmie składają się nawzajem. Pancerz zmienia ruch. Broń zmienia ruch. Ubranie zmienia ruch. Teren zmienia ruch. Kontekst społeczny zmienia ruch. Technika, która ma doskonały sens w jednym środowisku, może być nonsensem w innym. Starszy program nauczania rozumiał to bardziej uczciwie niż wiele współczesnych dyskusji o samoobronie, które często udają, że przemoc dzieje się na czystej podłodze pod światłem jarzeniówek, z jednym napastnikiem i doskonałymi manierami.

Jōden gokui, czyli wyższe nauki, przechodzi w bardziej sekretne lub zaawansowane obszary: głębsze zasady, wpływ ciała i umysłu, punkty nacisku, oddech, resuscytacja, nauki duchowe i moralne oraz ustne przekazy zarezerwowane dla menkyo kaiden

Jedno z najbardziej znanych odbić Shindō Yōshin-ryū odnajdujemy w karate Wadō-ryū. Hironori Ōtsuka, założyciel Wadō-ryū, studiował Shindō Yōshin-ryū pod kierunkiem Nakayamy Tatsusaburō, licencjonowanego instruktora związanego z główną linią przekazu. Ten wpływ jest kluczowy dla zrozumienia, dlaczego Wadō-ryū nie porusza się jak zwykły przeszczep okinawskiego karate. Wadō niesie ze sobą myślenie jūjutsu: uniki, przemieszczanie ciała, wchodzenie, wytrącanie z równowagi, łączenie uderzeń z kontrolą. To nie jest po prostu karate z inną odznaką. Ma szkielet japońskiego jūjutsu pod skórą karate. Dlatego ludzie, którzy patrzą tylko na technikę powierzchniową, często nie rozumieją sedna. Uderzenie nie zawsze jest tylko uderzeniem. Czasami jest wejściem w linię. Czasami to kuzushi. Czasami to rozmowa między tradycjami, które spotkały się w ciele jednego człowieka i postanowiły stać się czymś innym.

To, ponownie, dlatego historia ma znaczenie.

Bez historii technika staje się dekoracją.

Bez techniki historia staje się muzealnym kurzem.

Nie interesuje mnie żadne z nich.

Zależy mi na punkcie, w którym zapis spotyka się z ciałem. Gdzie stare dokumenty, imiona, daty, linie przekazu i wojny przestają być abstrakcyjne i zaczynają wyjaśniać, dlaczego system porusza się w taki, a nie inny sposób. Shindō Yōshin-ryū to nie jest po prostu nazwa na zwoju. To odpowiedź na konkretny problem sztuk walki w późnym okresie Edo w Japonii. To rezultat pracy założyciela, który uważał, że istniejące jūjutsu stało się zbyt zorientowane na pojedynki i niewystarczająco użyteczne dla szerszego zastosowania bojowego. To szkoła powstała z połączenia zasad walki bez broni i z bronią. To tradycja zraniona polityką Boshin, zmieniona przez przetrwanie Meiji, podzielona przez odmienne postawy wobec współczesnego budō, niemal zniszczona przez wojnę, zachowana dzięki prywatnemu przekazowi, a później rozpowszechniona międzynarodowo za pośrednictwem Takamura-ha.

To nie jest uporządkowana historia.

Dobrze.

Uporządkowane historie to zazwyczaj miejsca, gdzie ktoś ukrył ciała.

To, co uważam za szczególnie mocne, to napięcie między adaptacją a zachowaniem. Ludzie uwielbiają udawać, że istnieje jedna czysta odpowiedź. Zachowaj wszystko niezmienione, mówią. Dostosuj wszystko do współczesnej rzeczywistości, mówią inni. Obie strony mogą bardzo szybko stać się śmieszne. Zachowuj bez zrozumienia, a staniesz się strażnikiem świątyni, pilnującym ruchów, których celu już nie pojmujesz. Adaptuj bez ograniczeń, a staniesz się sprzedawcą noszącym tradycję jak pożyczone kimono. Shindō Yōshin-ryū pokazuje zarówno te zagrożenia, jak i te konieczności. Główna linia przekazu dostosowała się pod presją judo i współczesnej kultury budō. Linia Ohbata/Takamura zachowała więcej klasycznej treści, ale niemal zniknęła w wyniku katastrofy historycznej. Żadna z tych dróg nie była prosta. Żadna nie była komfortowa. Żadna nie zasługuje na leniwe osądy ze strony ludzi, którzy nigdy nie musieli wybierać między przetrwaniem kulturowym a przetrwaniem praktycznym.

I tak, to dotyczy wielu z nas.

Lubimy osądzać z ciepłych pokoi.

Historia nie działa się w ciepłych pokojach.

Działa się w upadających systemach, zrujnowanych miastach, utraconych rodzinach, politycznych podejrzeniach, ranach bitewnych i cichej uporze nauczycieli, którzy przenosili zwoje, ciała i wspomnienia, gdy świat poszedł naprzód. Dlatego irytuje mnie, gdy sztuki walki sprowadzane są do płytkich debat o tym, co jest „prawdziwe”. Prawdziwe nie zawsze jest tożsame z nowoczesnym. Prawdziwe nie zawsze jest rywalizacją. Prawdziwe nie zawsze jest polem bitwy. Prawdziwe nie zawsze jest zachowanym kata. Prawdziwe to kontekst, presja, funkcja, przekaz i uczciwość. Bez uczciwości sztuki walki stają się teatrem. Czasami drogim teatrem. Bardzo dramatycznym. Często z certyfikatami.

Shindō Yōshin-ryū przypomina mi również, że stare sztuki walki nie były tworzone przez ludzi, którzy próbowali stać się „tradycyjni”. Były tworzone przez ludzi rozwiązujących problemy. Późniejsze pokolenia uczyniły je tradycyjnymi. Ta różnica ma znaczenie. Matsuoka nie założył swojej szkoły, ponieważ chciał, aby przyszli ludzie kłaniali się przed oprawioną w ramki tabelą rodowodu. Założył ją, ponieważ uważał, że otaczające go nauki sztuk walki wymagały reorganizacji w coś bardziej użytecznego. To akt twórczy. Nawet akt buntu. Nie bunt w dziecinnym sensie krzyczenia o uwagę, ale bunt w głębszym znaczeniu: odmowa dziedziczenia słabości tylko dlatego, że przyszła w szanowanym opakowaniu.

Raczej to szanuję.

I być może dlatego ta szkoła wciąż wydaje się żywa, nawet gdy tak wiele z niej jest trudne do uzyskania. Dokumenty nie są w całości publiczne. Densho pozostają w prywatnych rękach. Niektóre szczegóły są fragmentaryczne. Niektóre części tradycji są rekonstruowane poprzez przekaz liniowy, wywiady i specjalistyczne badania. To oznacza, że musimy mówić ostrożnie. Pewność tam, gdzie pewność istnieje. Ostrożność tam, gdzie ostrożność jest potrzebna. Żadnych fantazyjnych ozdobników. Żadnego udawania, że wiemy to, czego nie wiemy. Pokusa w historii sztuk walki zawsze polega na wypełnianiu luk dramatem. Rozumiem tę pokusę. Jestem pisarzem. Dramat patrzy na mnie z drugiego końca pokoju jak bardzo zła decyzja w skórzanej kurtce. Ale historia zasługuje na coś lepszego niż nasza potrzeba, by każda cisza była wygodna.

Kiedy więc patrzę na Shindō Yōshin-ryū, widzę szkołę, która mówi nam nie tylko o technice, ale o przejściu. Przejściu od feudalnej kultury wojowników do nowoczesnego państwowego budō. Przejściu od znaczenia na polu bitwy do cywilnego zachowania. Przejściu od służby klanowej do publicznego nauczania. Przejściu z Japonii do międzynarodowego przekazu. Przejściu od mechaniki ciała ukształtowanej przez miecz do wpływu karate poprzez Wadō-ryū. Przejściu od niebezpiecznych metod do bezpieczniejszych form treningowych w niektórych liniach, podczas gdy inne linie bardziej uparcie trzymały się starszych zasad. To jedna sztuka, owszem, ale także kilka historii splątanych ze sobą jak zwój, którego ktoś był zbyt zmęczony, by prawidłowo zwinąć.

I to, szczerze mówiąc, jest znacznie ciekawsze niż czysty mit.

Czyste mity są dla turystów.

Prawdziwe tradycje mają blizny.

Shindō Yōshin-ryū ma ich mnóstwo. Założyciel ranny w wojnie Boshin. Zmiana nazwy i tożsamości. Walka Meiji. Podział z 1895 roku. Transformacja głównej linii przekazu pod wpływem judo. Śmierć Tatsuo Matsuoki w 1989 roku bez następcy czwartego pokolenia, co zakończyło przywództwo głównej linii i pozostawiło Domonkai jako ciało konserwujące. Linia Ohbata niemal wygasła podczas bombardowania Tokio bombami zapalającymi. Yukiyoshi Takamura niosący sztukę za granicę. Toby Threadgill i współczesna Takamura-ha utrzymujący małą, ale poważną strukturę międzynarodową. Wadō-ryū niosące swój wpływ do globalnego karate. To nie są przypadkowe ciekawostki. To są ślady nacisku. Pokazują, gdzie tradycja się ugięła, gdzie niemal pękła i gdzie odmówiła.

I technicznie rzecz biorąc, ta odmowa znajduje odzwierciedlenie w samej sztuce.

Nie stawiaj czoła sile głupio.

Ruszaj się.

Przetnij linię.

Złam równowagę.

Kontroluj ciało.

Zrozum broń, nawet gdy twoje ręce są puste.

Nie czcij twardości dla niej samej.

Nie myl miękkości z poddaniem się.

To ostatnie jest ważne. Bardzo ważne.

Ludzie kochają twardość, bo łatwo ją rozpoznać. Twardość obwieszcza się sama. Pręży się. Krzyczy. Tworzy filmy z agresywną muzyką. Miękkość jest bardziej podejrzana. Ukrywa inteligencję w wyczuciu czasu. Pozwala głupcowi przesadzić. Ustępuje na tyle, by przeciwnik sam był odpowiedzialny za swój upadek. Dlatego miękkość przeraża ludzi, którzy rozumieją tylko siłę. Myślą, że jeśli nie uderzasz bezpośrednio, to przegrywasz. Potem upadają. Zazwyczaj ze zdziwioną miną, co jest jednym z małych darów życia.

Wierzba nie kłóci się z burzą.

Ona ją przetrwa.

To, dla mnie, jest lekcja zawarta w Shindō Yōshin-ryū. Nie urocza życiowa lekcja. Nie ten rodzaj motywacyjnego bełkotu, który drukuje się obok zachodu słońca. To trudniejsza lekcja. Dostosować się, nie rozpuszczając się. Zachować, nie umierając. Ugiąć się, nie błagając. Uderzyć, nie chełpiąc się. Nieść historię, nie zamieniając jej w sztuczną biżuterię.

Bo historia sztuk walki nie jest po to, by nas pocieszać. Jest po to, by nas konfrontować. Pyta, czy naprawdę rozumiemy to, co rzekomo podziwiamy. Pyta, czy potrafimy odróżnić rodowód od marketingu, technikę od choreografii, zachowanie od taksydermii. Pyta, czy szanujemy ludzi, którzy przeżyli te przemiany, na tyle, by nie spłaszczać ich do sloganów.

I być może dlatego wciąż wracam do tych starych szkół. Nie dlatego, że są idealne. Nie są. Nie dlatego, że każde twierdzenie na ich temat powinno być połknięte w całości. Nie powinno. Nie dlatego, że przeszłość była lepsza. Przeszłość była często brudna, brutalna, niesprawiedliwa, niewygodna i niezwykle słaba w obsłudze klienta. Ale przeszłość była uczciwa w jeden sposób, w jaki współczesna kultura często nie jest: nie dbała o nasz komfort. Zmuszała technikę do odpowiadania na rzeczywistość, tak jak ją wtedy rozumiała.

Shindō Yōshin-ryū odpowiadało na realia późnego okresu Edo i wczesnego Meiji w Japonii.

Potem musiało odpowiedzieć na modernizację.

Potem wojnę.

Potem migrację.

Potem zachowanie w świecie, który kocha szybkość, widoczność i łatwą certyfikację.

I jakoś, wierzba wciąż tam jest.

Zgięta, zmieniona, naznaczona bliznami, przedmiot sporów, badana, praktykowana przez niewielu, źle rozumiana przez znacznie więcej, i wciąż stoi z tą cichą, lekko irytującą godnością, którą stare tradycje mają, gdy wiedzą, że przetrwały coś gorszego niż opinie z mediów społecznościowych.

Raczej mi się to podoba.

Właściwie, szanuję to.

Bo w końcu Shindō Yōshin-ryū to nie tylko jūjutsu, nie tylko wpływy kenjutsu, nie tylko zwoje, rodowody, licencje czy historyczna ścieżka do Wadō-ryū. Chodzi o stare pytanie sztuk walki, które nigdy tak naprawdę nie znika: co zachowujesz, co zmieniasz i co jesteś gotów stracić, aby pozostać uczciwym?

To pytanie jest ostrzejsze niż jakiekolwiek ostrze.

I znacznie mniej wybaczające.